Thermomix TM7 kosztuje 6 669 PLN. To kwota, przy której człowiek przestaje mówić o robocie kuchennym, a zaczyna oczekiwać małego cudu. Za takie pieniądze urządzenie nie ma już tylko siekać cebuli, gotować zupy i wyrabiać ciasta. Ono powinno wchodzić do kuchni jak ktoś, kto nie tylko umie pomóc, ale jeszcze wie, dlaczego sos jest płaski, curry potrzebuje czasu, a mięso bez porządnego kontaktu z gorącą powierzchnią pozostaje tylko ugotowanym kompromisem. TM7 bardzo chce być takim kimś. Problem w tym, że często zachowuje się raczej jak perfekcyjny asystent z korporacji: punktualny, czysty, uprzejmy i boleśnie bezpieczny.
Na pierwszy rzut oka wszystko się zgadza. TM7 wygląda lepiej niż poprzednie generacje, ma duży ekran, bardziej współczesny interfejs i mniej tej laboratoryjnej surowości, przez którą starsze Thermomiksy sprawiały wrażenie sprzętu z kuchni dietetycznego sanatorium dla bogatych ludzi. Obsługa jest przyjemna, prowadzenie po przepisach logiczne, a sama maszyna potrafi wykonać masę rzeczy, które w normalnej kuchni wymagają kilku naczyń, wagi, garnka, blendera, parowaru i resztek cierpliwości. W tym sensie trudno odmówić jej klasy.
Tyle że po kilku daniach zaczyna wychodzić coś, czego nie widać na prezentacjach. Thermomix świetnie ogarnia proces, ale nie zawsze dowozi smak. Potrafi zrobić chili, curry, sos, zupę, pastę, risotto albo danie jednogarnkowe, które formalnie spełnia warunki zadania. Jest ugotowane, zblendowane, wymieszane, podane na czas. Tylko że zbyt często zostaje po nim wrażenie szkolnej czwórki z plusem: niby wszystko jest na miejscu, ale nikt nie będzie o tym opowiadał przy winie. Smaki bywają grzeczne, zaokrąglone, bezpieczne, jakby przepisy pisano z myślą o tym, żeby nikogo nie urazić wyraźniejszym smakiem, mocniejszym przypieczeniem albo odrobiną kulinarnej bezczelności wyrastającej ponad danie podawane na trasie lotu międzykontynentalnego.
To jest największy paradoks TM7. Urządzenie ma pomagać gotować lepiej, ale często pomaga gotować równiej. A to nie jest to samo. W Cookidoo wiele przepisów prowadzi użytkownika przez kolejne etapy z precyzją nawigacji samochodowej, tylko że dobra kuchnia nie zawsze powstaje z samego skręcania zgodnie z komunikatem. Potrzebuje momentów, w których człowiek próbuje, poprawia, doprawia, zostawia cebulę minutę dłużej, bo widzi, że jeszcze nie ma koloru, albo zwiększa ogień, bo sos jest zbyt rzadki. Thermomix te mikrodecyzje wygładza. Czasem właśnie w tych mikrodecyzjach ginie cały obiad.
Najlepiej widać to przy daniach, które potrzebują głębi. Curry bez powoli budowanej bazy smakowej potrafi wyjść jak streszczenie curry. Chili może mieć fasolę, pomidory, przyprawy i paprykę, a mimo to smakować tak, jakby ktoś przeczytał o ogniu, ale nigdy nie widział płomienia. Stroganow może być kremowy, ciepły i poprawny, ale bez tej mięsnej, podsmażonej nuty, która sprawia, że sos zaczyna mówić niskim głosem. Thermomix miesza, podgrzewa i pilnuje temperatury, ale nie zastępuje cierpliwości. A cierpliwość, niestety dla marketingu, nadal jest jednym z najważniejszych składników.
Fizyki też nie da się obejść dużym ekranem. TM7 próbuje lepiej radzić sobie z gotowaniem otwartym i rumienieniem, ale misa ma ograniczoną powierzchnię. To wystarcza do wielu zadań, lecz przy większych porcjach nie daje tego, co daje patelnia: szerokiego kontaktu z gorącym metalem, odparowania, karmelizacji, skórki, zapachu, lekkiego przypalenia tam, gdzie przypalenie przestaje być błędem, a zaczyna być charakterem. Thermomix może mówić językiem smażenia, ale często mówi z akcentem duszenia.
Cookidoo miało być wielką odpowiedzią na codzienny chaos, ale samo bywa częścią problemu. Baza przepisów wygląda imponująco, dopóki nie zaczniemy w niej żyć. Wtedy okazuje się, że liczba pozycji nie zawsze oznacza jakość, część przepisów się powtarza w różnych wariantach regionalnych, oceny potrafią studzić entuzjazm, a wyszukiwanie idealnego dania przypomina czasem przeglądanie platformy streamingowej w piątek wieczorem. Niby jest wszystko, a człowiek po dwudziestu minutach dalej nie wie, co właściwie chce ugotować. Porównanie do streamingu jest zresztą bardzo celne, bo za dostęp do przepisów trzeba zapłacić 259 PLN rocznie.

Do tego dochodzi kwestia doprawienia. Wiele przepisów sprawia wrażenie pisanych pod możliwie szeroki, możliwie ostrożny gust. Rozumiem logikę: lepiej, żeby użytkownik dodał sól, chili czy czosnek sam, niż żeby uznał danie za przesadzone. Tylko że wtedy cała obietnica „gotowania bez myślenia” zaczyna się chwiać. Jeśli po zakończeniu przepisu i tak trzeba poprawiać smak, wydłużać czas, redukować sos albo ratować teksturę, to TM7 przestaje być kuchennym geniuszem, a staje się bardzo drogim pomocnikiem, który zna procedury, ale niekoniecznie ma podniebienie.
Najbardziej niepokojące są momenty, w których pojawia się nie tylko rozczarowanie smakiem, ale też problem z gotowością potraw. Niedogotowane mięso, nierówno ogrzana zupa, składniki wymagające dodatkowego czasu – to nie muszą być doświadczenia każdego użytkownika i nie warto robić z nich taniej sensacji. Mogą wynikać z błędu przepisu, porcji albo oczekiwań. Ale przy sprzęcie za 6 669 PLN już samo to, że trzeba dopowiadać tyle zastrzeżeń, jest kłopotliwe. Thermomix sprzedaje poczucie kontroli. Jeśli użytkownik musi sprawdzać termometrem, czy maszyna faktycznie doprowadziła wodę tam, gdzie twierdzi, że ją doprowadziła, magia kończy się dość szybko.
Hałas również przypomina, że pod elegancką czarną obudową siedzi bezwzględna mechanika. TM7 potrafi być kulturalny przy spokojniejszych zadaniach, ale gdy dostaje coś twardszego, mrożonego albo wymagającego mocniejszej pracy, zmienia ton. To nie jest tragedia, bo najgłośniejsze momenty zwykle trwają krótko, ale trudno mówić o dyskretnej kuchennej rewolucji, gdy urządzenie przy trudniejszych operacjach brzmi, jakby próbowało wystartować z blatu.
Nie chcę jednak udawać, że TM7 jest porażką. Nie jest. Dla wybranych osób będzie dobrym wyborem. Jeśli ktoś nie gotował do tej pory i nie zamierza zacząć, Thermomix może być wybawieniem. Jeśli ktoś chce szybko zrobić jakieś danie i oczekuje czegoś w stylu gotowców z Żabki, ale przygotowanych w domu, TM7 potrafi być fantastycznie użyteczny. To maszyna do zdejmowania z kuchni tarcia. Do ogarniania dni, w których człowiek nie ma już siły na nic poza instrukcją „dodaj 200 g marchewki”.
Problem polega na tym, że cena i słynne gale producenta obiecują coś więcej niż sprawność. Obiecują, że Thermomix rozwiąże kuchnię. A kuchnia nie jest problemem do rozwiązania. Jest miejscem, w którym technika spotyka się z intuicją. Najuczciwiej powiedzieć więc tak: Thermomix TM7 jest genialny dla ludzi, którzy nie chcą gotować i nie oczekują smaku i doświadczenia. To bardzo drogi sposób na dobre zorganizowanie posiłków, ale niekoniecznie na lepsze jedzenie. A jeśli po daniu za kilkanaście złotych składników i kilku tysiącach złotych sprzętu najczęściej myślimy „jest okej”, to „okej” zaczyna brzmieć jak wyrok.
Specyfikacja
- CENA 6 669 PLN
- EKRAN 10” dotykowy
- ZAKRES OBROTÓW 40-10 700 obr./min
- POJEMNOŚĆ NACZYNIA MIKSUJĄCEGO 2,2 l
- POJEMNOŚĆ VAROMY 6,8 l
- WYMIARY BAZY Z NACZYNIEM 253 x 405 x 336 mm
- WYMIARY PRZYSTAWKI VAROMA 383 × 275 × 131 mm
- WAGA BAZY 6,5 kg
- WAGA NACZYNIA MIKSUJĄCEGO 2,1 kg
- WAGA PRZYSTAWKI VAROMA 840 g
Werdykt
NASZYM ZDANIEM
Thermomix TM7 to imponujący system dla tych, którzy chcą mieć obiad pod kontrolą, ale zbyt często pokazuje, że kontrola nad procesem nie jest tym samym, co kontrola nad smakiem.
Plusy
Świetny ekran i wygodniejsze sterowanie. Dobre prowadzenie krok po kroku. Ułatwia gotowanie osobom bez doświadczenia.
Minusy
Bardzo wysoka cena. Wiele dań wychodzi poprawnie, ale bez głębi. Cookidoo ma nierówną jakość i jest drogie. Słabe rumienienie większych porcji. Głośny przy cięższej pracy. Nie zastępuje intuicji.



