Gdy Jeep pokazał Avengera po raz pierwszy, można było odnieść wrażenie, że marka odwróciła się na chwilę od własnego lustra. Mały SUV, miejski format, napęd na przód, do tego wersja elektryczna – wszystko to miało sens biznesowy, ale nie do końca pasowało do wyobrażenia o aucie z siedmioma szczelinami w grillu. Avenger był zgrabny, sympatyczny i całkiem stylowy, tylko że bardziej nadawał się do walki z krawężnikiem pod kawiarnią niż z czymkolwiek, co rzeczywiście pachnie błotem.
Wersja 4xe porządkuje ten dysonans. Nagle okazuje się, że najmniejszy Jeep w gamie nie musi już tylko wyglądać jak Jeep. Może też od czasu do czasu zachować się jak Jeep. The North Face Edition robi to jeszcze bardziej ostentacyjnie, bo oprócz technicznego pakietu dorzuca całą opowieść o outdoorze, trekkingu i weekendzie, który zaczyna się tam, gdzie kończy się zasięg miejskiej cierpliwości. Pytanie brzmi: czy to tylko dobrze sprzedany lifestyle, czy jednak coś więcej?
Na szczęście, wbrew pozorom, coś więcej.
Pod spodem pracuje 1,2-litrowy, trzycylindrowy silnik benzynowy wspierany przez dwa silniki elektryczne. Łącznie daje to około 145 KM, napęd na cztery koła i sprint do 100 km/h w 9,5 sekundy. Nie brzmi to jak przepis na ekscytację, ale też nie o nią tu chodzi. Avenger 4xe nie próbuje być małym hot hatchem na szczudłach. On chce być sprytnym, zwartym crossoverem, który potrafi więcej niż większość miejskich SUV-ów, a przy tym nie zamienia codzienności w serię kompromisów.
I właśnie w codzienności wypada zaskakująco dobrze. To auto jest lekkie w prowadzeniu, zwarte w ruchach i przyjemnie zwinne. W mieście czuje się naturalnie, nie męczy gabarytem, nie wymaga planowania każdego manewru jak partii szachów, a przy spokojnej jeździe potrafi korzystać z elektrycznego wsparcia w sposób, który naprawdę ma sens. Na papierze zużycie paliwa na poziomie 5,4 l/100 km w realnym świecie oscyluje w granicach 6-7 litrów. Jak na małego, podniesionego crossovera z napędem 4×4 – bardzo uczciwie.
Nie wszystko jednak działa z idealną płynnością. Układ hybrydowy potrafi być momentami szarpany, szczególnie gdy przechodzi między napędem elektrycznym a benzynowym. Zdarza się, że auto rusza ochoczo na prądzie, po czym silnik spalinowy dołącza z wyczuwalnym, trochę zbyt nerwowym akcentem. To nie jest dramat, ale też nie poziom wyrafinowania, którego nauczyły nas najlepsze hybrydy. Avenger 4xe bywa więc bardziej „sprytny” niż „aksamitny”.

Za to na gorszej nawierzchni zaczyna naprawdę błyszczeć. I nie chodzi tylko o to, że ma tryby Snow, Mud i Sand, większy prześwit oraz opony M+S. Chodzi o to, że ten samochód rzeczywiście potrafi wykorzystać swoje dodatki. Przy prędkościach do około 30 km/h rozdział momentu między osiami jest bardzo sensowny, a tylny silnik elektryczny robi dokładnie to, czego oczekujesz – pomaga tam, gdzie przednia oś zaczyna już kombinować. Do tego dochodzi 210 mm prześwitu, zdolność brodzenia do 400 mm i kąty terenowe, które w tej klasie nie są tylko marketingowym ozdobnikiem. Oczywiście, nie zamienia to Avengera we Wranglera w rozmiarze S. Ale jeśli trzeba przejechać błotnistą drogę do domku, szutrowy zjazd, mokrą łąkę czy leśny odcinek, którego właściciel przednionapędowego crossovera wolałby nie oglądać – Jeep daje radę.
I robi to bez kary w postaci fatalnego zachowania na asfalcie. Ba, dzięki zmienionemu zawieszeniu z tyłu i wielowahaczowej konstrukcji 4xe potrafi być nawet nieco bardziej dojrzały w tłumieniu nierówności niż zwykły Avenger. Nie jest sportowy, układ kierowniczy nie zasypuje kierowcy informacjami, ale całość ma w sobie przyjemną lekkość i spójność. To jedno z tych aut, które nie krzyczy „patrz, jak dobrze skręcam”, tylko po prostu nie irytuje. A to w codziennym użytkowaniu bywa cenniejsze niż entuzjastyczne wykresy przeciążeń bocznych.

The North Face Edition dokłada do tego cały spektakl wizualny. Żółte akcenty, logotypy, topograficzne wzory, specjalne detale na masce i grillu, a we wnętrzu motywy inspirowane sprzętem outdoorowym. Są nawet elastyczne pasy na oparciach foteli, które wyglądają jak wyjęte z plecaka trekkingowego. To wszystko balansuje na granicy pomiędzy „świetny pomysł” a „trochę za dużo”, ale trzeba Jeepowi oddać jedno – nie zrobił tego byle jak. To nie jest tania naklejka i trzy hafty. Ta wersja ma własny klimat, własną tożsamość i nawet jeśli momentami ociera się o estetykę „ambasadora marki bez kontraktu”, to przynajmniej jest konsekwentna.
W kabinie jest zresztą całkiem przyjemnie. Fotele wyglądają dobrze, materiały są bardziej interesujące niż w wielu kuzynach ze stajni Stellantisa, a fizyczne przyciski do klimatyzacji pozostają jednym z tych drobnych cudów współczesnej motoryzacji, które należy celebrować, póki jeszcze istnieją. System multimedialny 10,25 cala jest poprawny, wspiera bezprzewodowe Apple CarPlay i Android Auto, ale sam z siebie nie zachwyca intuicyjnością. Da się z nim żyć, choć raczej nie będzie to powód, dla którego ktokolwiek wróci do domu i powie: „musisz zobaczyć to menu”.
Większym problemem jest przestrzeń. Avenger pozostaje małym autem i nie próbuje nawet udawać czegoś większego. Z przodu jest dobrze, z tyłu już znacznie mniej hojnie. Dzieci przeżyją, dorośli też, ale bez entuzjazmu. Bagażnik w 4xe ma około 325 litrów, więc na weekend wystarczy, na większe rodzinne ambicje – już średnio. To samochód raczej dla singla, pary albo małej rodziny, która chce czegoś stylowego i sprawnego, ale jeszcze nie potrzebuje przewozić pół mieszkania oraz rowerka biegowego, który z jakiegoś powodu zajmuje tyle miejsca, co pralka.
Najtrudniejsze pytanie dotyczy ceny. The North Face Edition jest wyraźnie droższa od wersji Overland – różnica to ponad 15 tysięcy złotych. I tu zaczyna się klasyczna rozmowa o tym, ile warte są emocje, design i limitowana seria. Bo mechanicznie to wciąż ten sam samochód. Kupując tę wersję, płacisz za styl, historię, detale i za to przyjemne poczucie, że jeździsz czymś bardziej charakterystycznym niż kolejny bezimienny crossover w odcieniu smutnego grafitu.
Czy warto? Jeśli patrzeć wyłącznie kalkulatorem – pewnie nie do końca. Jeśli jednak samochód ma być także przedmiotem, który coś mówi o właścicielu i który daje odrobinę frajdy jeszcze zanim wciśniesz start – wtedy odpowiedź robi się dużo bardziej skomplikowana. A może właśnie prostsza.
Bo Jeep Avenger 4xe The North Face Edition jest trochę jak dobre buty trekkingowe kupione przez mieszczucha. Można się z tego śmiać, dopóki nie okaże się, że jednak naprawdę poszedł w góry. I wrócił zadowolony.
Specyfikacja
- CENA MODELU TESTOWEGO 173 200 PLN
- SILNIK 1.2 Hybrid 48V
- MOC 145 KM
- PRĘDKOŚĆ MAKSYMALNA 194 km/h
- 0-100 KM/H 9,5 sekundy
- ZUŻYCIE W CYKLU MIESZANYM (WLTP) 5,4 l/100 km
Werdykt
NASZYM ZDANIEM
To mały Jeep dla ludzi, którzy lubią wyglądać jakby jechali na koniec świata, ale najciekawsze jest to, że on naprawdę potrafi dojechać dalej niż większość modnych crossoverów.
Plusy
Rzeczywisty napęd 4×4. Udany kompromis między miejską zwinnością a terenowym luzem. Charakterystyczny design i wnętrze z własnym klimatem.
Minusy
Hybryda nie zawsze pracuje z odpowiednią płynnością. Ciasno z tyłu i przeciętny bagażnik. Wersja The North Face jest po prostu droga.



