Istnieją gry stare i gry uwięzione. Metal Gear Solid 4: Guns of the Patriots przez osiemnaście lat należał do tej drugiej kategorii. Można było dyskutować o jego przesadnie długich przerywnikach, osobliwym tempie czy o tym, czy Hideo Kojima przypadkiem nie dostał wtedy od Sony karty kredytowej bez limitu, ale chcąc po prostu zagrać, trzeba było posiadać PlayStation 3. W epoce remasterów wszystkiego, łącznie z rzeczami, które zdążyły się zestarzeć mniej więcej od poprzedniego wtorku, była to sytuacja coraz bardziej absurdalna. Metal Gear Solid: Master Collection Vol. 2 naprawia ją wreszcie i już samo to nadaje temu wydaniu znaczenie większe, niż sugeruje lista jego składników.
Nie ma sensu udawać, że trzy gry są tutaj równorzędne. Nie są. Najważniejszym, największym i właściwie samodzielnie uzasadniającym istnienie całego zestawu elementem jest Metal Gear Solid 4. To finał historii Solid Snake’a, monumentalny epilog sagi, która w poprzednich częściach zdążyła wymieszać zimną wojnę, genetykę, nanomaszyny, broń nuklearną i rodzinne problemy w proporcjach, przy których Moda na sukces wygląda jak produkcja dokumentalna. I choć czwarta część nadal jest grą niezwykle charakterystyczną, dzisiaj jeszcze mocniej widać zarówno jej geniusz, jak i ekscesy.
Rozgrywka przetrwała próbę czasu zaskakująco dobrze. System kamuflażu OctoCamo, możliwość płynnego przechodzenia od skradania do otwartej walki i ogrom dostępnych narzędzi nadal dają więcej swobody niż wiele współczesnych produkcji próbujących przyklejać sobie łatkę „immersive”. Pola bitew, po których przemykamy między walczącymi frakcjami, mają własny rytm i pozwalają korzystać z chaosu zamiast traktować każdego przeciwnika jak obowiązkowy punkt programu. Sterowanie jest oczywiście produktem swojej epoki, ale po krótkim okresie ponownej edukacji kciuków Snake zaczyna poruszać się tak, jak go zapamiętaliśmy.
Jeszcze ważniejsze jest to, że technicznie wreszcie nie trzeba brać poprawki na PS3. Gra działa w wysokiej rozdzielczości i 60 kl./s, dzięki czemu sekwencje, które wcześniej potrafiły walczyć o trzydzieści klatek jak Snake o ostatni papieros, dziś zachowują płynność nawet przy większym zamieszaniu. Nie jest to remake i Konami nie próbuje tego sugerować. Tekstury, modele czy animacje miejscami bardzo wyraźnie pamiętają 2008 rok. Paradoksalnie nie przeszkadza to tak bardzo, jak można byłoby oczekiwać. Kierunek artystyczny nadal robi swoje, a możliwość zobaczenia MGS4 w stabilnej, czystej technicznie formie jest dokładnie tym, czego ten tytuł potrzebował. Ani mniej, ani – w przypadku kolekcji archiwalnej – koniecznie więcej.
Oczywiście pozostaje druga połowa równania, czyli sam Metal Gear Solid 4. Kojima już wtedy lubił przerywniki filmowe, ale tutaj momentami przestawał robić między nimi grę i zaczynał robić serial z interaktywnymi reklamami. Niektóre sekwencje trwają absurdalnie długo, fabuła próbuje pozamykać praktycznie każdy wątek rozpoczęty przez poprzednie dekady, a nanomaszyny wykonują tyle pracy scenariuszowej, że powinny dostać osobny wpis w napisach końcowych. Tyle że właśnie ta przesada stanowi część uroku. MGS4 nie jest dyskretnym finałem. To koncert pożegnalny, podczas którego zespół gra wszystkie hity, trzy bisy, dwie solówki perkusyjne i jeszcze zaprasza na scenę ludzi, o których połowa publiczności zdążyła zapomnieć.





Szkoda, że Konami wokół jednego z najważniejszych powrotów w historii serii zbudowało kolekcję trochę zbyt zachowawczą
Na tym tle Peace Walker jest pozycją ciekawą, ale znacznie mniej istotną. To nadal solidny Metal Gear, ważny przede wszystkim jako pomost między Snake Eaterem a The Phantom Pain. Rozwija bazę, rekrutujemy żołnierzy, zarządzamy zasobami i wykonujemy krótsze, bardziej powtarzalne misje. Widać tu fundamenty, na których Kojima później zbudował Metal Gear Solid V. Widać jednak również PSP. Segmentowa konstrukcja poziomów, skromniejsze lokacje i bossowie projektowani częściowo z myślą o kooperacji przypominają, że pierwotnie miała to być gra wyciągana z kieszeni na pół godziny, a nie wielka kanapowa epopeja na współczesnym ekranie. W 2026 roku można się przy niej nadal dobrze bawić, lecz w tym zestawie pełni dla mnie przede wszystkim rolę interesującego dokumentu ewolucji serii.





Jeszcze bardziej kolekcjonerskim dodatkiem jest Metal Gear: Ghost Babel. Game Boy Color nie kojarzy się z platformą, na której należało budować skradankę o infiltracji baz wojskowych, a jednak Konami zrobiło właśnie to i wyszło zaskakująco dobrze. Gra jest pomysłowa, czytelna i potrafi oddać ducha Metal Geara przy pomocy garści pikseli. Cieszę się, że znalazła tu miejsce, podobnie jak cieszyłbym się z odnalezienia rzadkiego kawałka ulubionego zespołu. Nie oznacza to jeszcze, że puściłbym go zamiast najlepszej płyty.
I właśnie tutaj pojawia się mój największy problem z Vol. 2. Konami miało możliwość stworzenia zestawu naprawdę definitywnego. Gdyby obok MGS4 znalazł się Metal Gear Solid V: The Phantom Pain, całość obejmowałaby dwa wielkie, pełnoprawne rozdziały serii. Jeszcze ciekawszym uzupełnieniem byłby Metal Gear Rising: Revengeance – szalony spin-off PlatinumGames, w którym polityczne intrygi ustąpiły miejsca cyborgowi krojącemu gigantyczne maszyny na kawałki przy gitarowym łomocie. To zupełnie inny Metal Gear, ale jednocześnie jedna z najlepszych rzeczy, jakie kiedykolwiek wyrosły z tej marki. Oba tytuły są dla mnie znacznie bardziej wartościowe niż Peace Walker i Ghost Babel razem wzięte.
Można oczywiście argumentować, że The Phantom Pain jest łatwo dostępny na współczesnym sprzęcie i nie potrzebuje ratunku tak bardzo jak MGS4. To prawda. Tyle że mówimy o Master Collection, a nie fundacji zajmującej się adopcją gier porzuconych przez stare konsole. Wiele osób może poczuć, że za ponad 200 złotych kupuje remaster niemal 20-letniej gry.
Nie zmienia to faktu, że Konami wykonało najważniejszą część zadania. Metal Gear Solid 4 przestał być eksponatem zamkniętym za szybą PlayStation 3. Na dobre i na złe – fanom to wystarczy.
Werdykt
NASZYM ZDANIEM
Konami otworzyło Snake’owi drzwi celi po osiemnastu latach, ale w samochodzie ewakuacyjnym zostawiło dwa puste miejsca.
Plusy
Metal Gear Solid 4 wreszcie na współczesnych platformach. 60 kl./s i bardzo solidna jakość konwersji. Peace Walker nadal ma sporo do zaoferowania. Wartościowe materiały dla fanów serii.
Minusy
Zbyt skromny zestaw jak na „Master Collection”. Brak Metal Gear Solid V i Metal Gear Rising: Revengeance. Ghost Babel i Peace Walker mają dziś głównie wartość kolekcjonerską.



