Pępowinę przeciąłem narzędziem własnego pomysłu – zimnym, precyzyjnym jak ja sam.” To jedno zdanie brzmi jak żart, jak aforyzm, jak suchy dowcip rzucony od niechcenia – a jednocześnie jak pełna definicja kina The Phoenician Scheme i samego Wesa Andersona. Kino, w którym pępowina nigdy nie zostaje przecięta do końca. Kino, w którym relacje rodzinne są precyzyjnie zaprojektowane, wystudiowane, odmierzone co do milimetra – i przez to boleśnie sztuczne. A jednak… prawdziwe w swojej emocjonalnej niewygodzie.
Anderson od lat dąży do absolutnej kontroli. Każdy kadr w The Phoenician Scheme wygląda tak, jakby był wcześniej narysowany ołówkiem na papierze milimetrowym, poprawiony linijką, a potem jeszcze raz sprawdzony taśmą mierniczą. Kamera porusza się z matematyczną pewnością, aktorzy stoją dokładnie tam, gdzie powinni stać, a świat przedstawiony przypomina makietę, którą ktoś nie tyle zbudował, co skonstruował. I paradoksalnie – to właśnie ta obsesyjna precyzja tworzy dystans, który staje się głównym tematem filmu.
Fabułę trudno streścić. I może nie ma takiej potrzeby. To kolejny film Wesa Andersona, co w tym przypadku jest zarówno odpowiedzią, jak i zarzutem. Zsa-Zsa Korda, grany przez Benicio del Toro, to jeden z tych bohaterów, którzy wyglądają, jakby urodzili się zmęczeni światem. Chłodny, elegancki, suchy jak pustynny wiatr, permanentnie zagrożony zamachem – i jednocześnie zaskakująco kruchy. Del Toro wnosi do tej roli coś niezwykłego: spokój, który nie uspokaja, i melancholię, która nie szuka ukojenia. To jedna z jego najlepszych kreacji – cicha, precyzyjna, pozbawiona aktorskich fajerwerków, a przez to absolutnie hipnotyzująca.

Naprzeciwko niego stoi Liesl – córka, nowicjuszka zakonna, grana przez Mię Threapleton. Mówi monotonnym głosem, prawie bez emocji, jakby każde zdanie było odczytywane z wewnętrznego regulaminu. A jednak jest w niej coś magnetycznego. Jej relacja z ojcem jest chłodna, niezręczna, pełna przemilczeń – i przez to prawdziwa. W świecie, w którym wszyscy mówią jakby recytowali literackie monologi, Liesl wydaje się najbardziej ludzka.
Dialogi są sztywne, wystudiowane, nienaturalne. Każda linijka brzmi jak wygłoszona z teatralną precyzją. I o ile kiedyś ten styl uwodził świeżością, dziś wymaga od widza pewnej kapitulacji. W końcu przestajesz z nim walczyć – po prostu się poddajesz. Akceptujesz, że to świat, w którym emocje nie płyną, tylko są dozowane pipetą.
A mimo to… The Phoenician Scheme jest bardzo angażującym filmem Andersona. Jest w nim lekkość, absurd, kilka momentów autentycznego śmiechu – w tym zupełnie niespodziewana, groteskowa sekwencja koszykarska. Film pędzi do przodu, ciągle podrzuca widzowi nowe pomysły, nowe dziwactwa, nowe figury na planszy.
I właśnie tu pojawia się nostalgia. Tęsknota za Andersonem prostszym. Za chwilami ciszy, za emocjami, które nie były przykryte ornamentem. Dziś jego kino jest gęste, wielowarstwowe, precyzyjne do granic manieryzmu. Jakby reżyser próbował za każdym razem udowodnić, że da się być jeszcze bardziej… Wesem Andersonem.
The Phoenician Scheme to film piękny, inteligentny, chwilami zabawny – ale też zmęczony własną doskonałością. Jak bohater, który przeciął pępowinę narzędziem własnego projektu, tylko po to, by odkryć, że więź wcale nie zniknęła. Została – tylko zamknięta w idealnie symetrycznej ramce.



