Telewizory OLED mają dziś pewien problem wizerunkowy. Kiedyś wystarczyło powiedzieć „OLED” i człowiek odruchowo wyobrażał sobie czerń głębszą niż stan konta po wakacjach, nieskończony kontrast i kino we własnym salonie. Dziś to już za mało. Są OLED-y, QD-OLED-y, kolejne generacje paneli i procesory AI, a producenci zachowują się chwilami tak, jakbyśmy wybierali komponent do teleskopu Jamesa Webba, a nie ekran, na którym wieczorem obejrzymy serial i dwa odcinki czegoś, przy czym ostatecznie zaśniemy.
Samsung S90H ma w tym wszystkim zaskakująco zdrowe podejście. Nie jest flagowcem i nie próbuje nim być. W 65 calach korzysta z panelu WOLED, więc rezygnuje z części kolorystycznego rozmachu QD-OLED-a, ale dostaje coś, co w zwykłym mieszkaniu może okazać się ważniejsze od kilku procent szerszego gamutu: matową powłokę Glare Free.
I właśnie ekran jest tutaj zmianą, którą zauważa się nie na planszach testowych, tylko o czternastej w sobotę, kiedy słońce wpada do salonu z determinacją windykatora. W klasycznym błyszczącym OLED-zie zaczyna się wtedy znajoma zabawa: zasłaniamy okno albo oglądamy własną sylwetkę nałożoną na Batmana. S90H rozprasza odbicia bardzo skutecznie. Jasny salon przestaje być naturalnym wrogiem OLED-a i można oglądać ciemny film w dzień bez przeprowadzania pokoju w tryb bunkra. Ceną jest nieco bardziej miękki charakter obrazu i lekkie podniesienie czerni w mocnym świetle, ale to rozsądny kompromis.
Wieczorem S90H wraca do tego, co OLED-y robią najlepiej. Czerń jest rzeczywiście czarna, jasne elementy nie dostają poświaty, a kontrast sprawia, że dobrze zrealizowany HDR nabiera niemal przestrzenności. W pomiarach 65-calowy egzemplarz przekraczał 1 500 nitów w najjaśniejszych fragmentach obrazu. Przy dużych jasnych powierzchniach do głosu dochodzi oczywiście ABL, ale w filmach, serialach i grach światła, odbicia czy eksplozje mają wystarczająco dużo energii, żeby HDR nie sprowadzał się wyłącznie do ikonki pojawiającej się przez trzy sekundy w rogu ekranu.
Jest tylko jeden haczyk: S90H po pierwszym uruchomieniu trochę za bardzo chce zrobić dobre pierwsze wrażenie. To telewizyjny odpowiednik człowieka, który na pierwszą randkę przychodzi w za dużej ilości perfum. Standardowe ustawienia są jasne, zimne i mocno podkręcone. W testach temperatura bieli potrafiła wraz ze wzrostem jasności dojść niemal do 12 000 K, przy referencyjnych około 6 500 K. Skóra robi się chłodniejsza, cienie są rozjaśniane, a kino zaczyna wyglądać bardziej jak demonstracja możliwości telewizora niż film.

Na szczęście rozwiązanie zajmuje mniej czasu niż znalezienie pilota między poduszkami. Włączamy Filmmaker Mode i S90H uspokaja się niemal natychmiast. Kolory stają się bardziej naturalne, biel przestaje wpadać w błękit, a ciemne sceny nie są na siłę wyciągane z cienia. Największą poprawę obrazu osiąga się tu nie przez godzinę kalibracji, lecz zmianę jednej pozycji w menu.
Procesor NQ4 AI Gen3 odpowiada między innymi za skalowanie i ruch, ale jego sens najlepiej widać przy materiałach dalekich od demonstracyjnego 4K. HD wygląda czysto i szczegółowo, a nawet stare DVD nie zostaje potraktowane cyfrową szlifierką. Procesor potrafi zachować filmowe ziarno, nie próbując zamienić każdej twarzy w figurkę z wosku. Kiepski stream nadal pozostanie kiepskim streamem, bo z pustego nawet AI nie naleje, ale telewizor robi wszystko, by nie pogorszyć sytuacji.
Samsung S90H bierze bardzo dobrego OLED-a, pozbawia go irytujących odbić i przypomina, że czasem największym luksusem jest możliwość oglądania telewizji bez zaciągania zasłon
Więcej uwagi wymaga ruch. Natychmiastowa reakcja pikseli OLED sprawia, że sport i gry wyglądają znakomicie, ale przy wolnych panoramach filmowych może pojawić się charakterystyczne szarpnięcie. Samsung fabrycznie próbuje temu zaradzić upłynnianiem i tutaj warto wkroczyć do menu, zanim Ojciec chrzestny zacznie przypominać odcinek Klanu. Delikatna redukcja juddera potrafi wygładzić panoramy bez dorzucania operowego mydła.
Gracze mają za to niewiele powodów do narzekania. Są cztery HDMI 2.1, obsługa 4K przy 165 Hz, VRR, ALLM, FreeSync Premium Pro i zgodność z G-Sync, a input lag schodzi do około 9 ms. Konsola i pecet mogą zostać podłączone równocześnie bez żonglowania kablami, a natychmiastowa reakcja matrycy sprawia, że szybkie gry wyglądają niemal absurdalnie czysto. S90H nie próbuje być „również dobry do grania”. On po prostu jest jednym z najmocniejszych telewizorów gamingowych w swojej klasie.

Pozostaje samsungowy słoń w pokoju: Dolby Vision nadal nie ma. Jest HDR10, HDR10+ i HLG, więc materiałów HDR nie zabraknie, ale w tej klasie sprzętu konsekwentne ignorowanie najpopularniejszego dynamicznego formatu HDR zaczyna przypominać rodzinny spór, którego źródła nikt już nie pamięta, ale wszyscy uparcie kontynuują. Nie ma również DTS, co dla użytkownika streamingu będzie drobiazgiem, ale przy większej kolekcji Blu-ray może już mieć znaczenie.
Sam telewizor wygląda tak, jak powinien wyglądać nowoczesny OLED: właściwie przestaje istnieć, kiedy patrzymy na niego od frontu. Smukła konstrukcja, cienkie ramki i dyskretna podstawa nie próbują odciągać uwagi od obrazu. Tizen działa szybko, aplikacji jest mnóstwo, SmartThings sprawnie wciąga telewizor do domowego ekosystemu, choć Samsung nadal uważa, że skoro ekran może pokazywać widżety i rekomendacje, to koniecznie powinien. Po uporządkowaniu interfejsu system przestaje jednak przeszkadzać.
Przyzwoicie wypada również dźwięk. System 2.1 o mocy 40 W, Dolby Atmos, Dźwięk Podążający za Obiektem Lite i Q-Symphony nie zastąpią dobrej soundbarowej konfiguracji, ale dialogi są czytelne, środek pasma sensownie poukładany i przez pierwsze tygodnie po zakupie nie trzeba nerwowo przeglądać kolejnej kategorii sprzętu audio.
S90H jest więc ciekawym przypadkiem telewizora, który na papierze może wyglądać na krok w bok. W 65 calach nie dostajemy QD-OLED-a, nie ma Dolby Vision, a fabryczny tryb obrazu należy szybko uspokoić. Tyle że po kilku dniach większość tych zastrzeżeń zaczyna mieć mniejsze znaczenie. W zamian dostajemy kapitalny kontrast, wysoką jasność, świetne przetwarzanie słabszych materiałów, znakomite możliwości gamingowe i przede wszystkim ekran, którego nie trzeba chronić przed każdym promieniem światła niczym Draculi.
Najlepszą cechą Samsunga S90H okazuje się więc nie to, że robi coś spektakularnie nowego. Usuwa po prostu kilka starych powodów, dla których OLED nie zawsze był najbardziej praktycznym telewizorem do normalnego salonu. Wieczorem daje dokładnie tę głębię i kontrast, których od OLED-a oczekujemy. Za dnia pozwala po prostu oglądać telewizję. A czasem właśnie takie mało efektowne zwycięstwa okazują się najważniejsze.
Specyfikacja (dla wariantu 65”)
- CENA Od 6 199 PLN (10 729 PLN za testowy wariant 65”)
- EKRAN 100 Hz, VRR do 165 Hz
- HDMI 4× HDMI 4K/165 Hz; eARC
- WYMIARY BEZ PODSTAWY 1444,3 × 831,7 × 39,9 mm
- WAGA Z PODSTAWĄ 20,4 kg
Werdykt
NASZYM ZDANIEM
Samsung S90H nie jest OLED-em, który każe zgasić światło, zasłonić okna i oddać mu salon we władanie – po prostu świetnie wygląda wtedy, kiedy ty masz ochotę coś obejrzeć.
Plusy
Kapitalny obraz w Filmmaker Mode. Rewelacyjna powłoka Glare Free. Bardzo dobre HDR i kontrast. Cztery HDMI 2.1, 4K/165 Hz i niski input lag. Świetny upscaling.
Minusy
Brak Dolby Vision i DTS. Fabryczne ustawienia obrazu są zbyt agresywne. WOLED ma mniejszy potencjał kolorystyczny niż QD-OLED.



