Największym problemem domowych urządzeń beauty nie jest zwykle brak technologii. Jest nim szuflada. Można mieć najlepszy masażer, szczoteczkę czy maskę LED na rynku, ale jeśli po tygodniu przestaje się chcieć jej używać, cała inżynieria kończy jako bardzo drogi element wyposażenia łazienki. Renpho Artemis zaczyna więc od rzeczy mniej efektownej niż „odmładzanie światłem”: jest po prostu wygodna.
Maskę wykonano z miękkiego, elastycznego silikonu, który dopasowuje się do twarzy zamiast wisieć na niej jak plastikowy hełm z taniego science fiction. Obejmuje też podbródek, a regulowane paski pozwalają docisnąć ją bez poczucia, że za chwilę trzeba będzie negocjować z własnymi kośćmi policzkowymi. Zdejmowane osłony oczu można łatwo wyczyścić. To drobiazgi, ale właśnie one decydują, czy dziesięciominutowa sesja staje się rytuałem, czy obowiązkiem.
W środku pracują 324 diody i trzy rodzaje światła: czerwone 630 nm, niebieskie 415 nm oraz bliska podczerwień 850 nm. Renpho łączy je w trzy programy. Czerwone z NIR jest przeznaczone przede wszystkim do poprawy wyglądu i jędrności skóry, niebieskie z NIR ma być odpowiedzią na niedoskonałości i zaczerwienienia, a trzeci tryb uruchamia wszystko naraz. Do tego dochodzi pięć poziomów intensywności oraz timer 10, 20 lub 30 minut.
Brzmi poważnie, choć warto zachować proporcje. Fotobiomodulacja ma naukowe podstawy, ale domowa maska nie jest wehikułem czasu ani zamiennikiem dermatologa. Efekty przychodzą stopniowo i bywają subtelne. Łatwiej mówić o spokojniejszej, bardziej wyrównanej i świeższej skórze niż o cudownym cofnięciu metryki. I właściwie dobrze, że Artemis nie wymaga od użytkownika wiary w spektakularne „przed i po”. Jej największą zaletą jest to, że regularność przychodzi tutaj zaskakująco łatwo. W miesięcznych i dwumiesięcznych testach zauważa się między innymi mniejsze zaczerwienienia, gładszą teksturę czy świeższy wygląd skóry.
Sterowanie odbywa się przez przewodowy kontroler. Jest proste, ale sam pilot nie dorównuje jakości maski – plastik sprawia dość przeciętne wrażenie, a brak klipsa oznacza, że podczas chodzenia po domu trzeba znaleźć mu kieszeń albo inną bezpieczną przystań. Akumulator wystarcza mniej więcej na pięć dziesięciominutowych sesji, a pełne ładowanie zajmuje około dwóch i pół godziny. Szkoda też, że w zestawie nie ma porządnego etui czy stojaka. Artemis kosztuje znacznie mniej od najbardziej rozpoznawalnych masek premium, ale właśnie dodatki przypominają, skąd wzięła się część tej różnicy.
Nie przeszkadza to jednak tam, gdzie liczy się najbardziej. Maska dobrze przylega, nie ciąży, osłony oczu ograniczają dyskomfort od jasnych diod, a panel sięgający pod brodę daje większe pokrycie niż wiele klasycznych konstrukcji. Nawet wygląd – coś pomiędzy futurystycznym zabiegiem kosmetycznym a rekwizytem z filmu, którego nie chcielibyśmy oglądać sami po północy – szybko przestaje mieć znaczenie. Raczej nie będziecie w niej odbierać kuriera, ale trudno uznać to za poważną wadę.
Artemis dobrze pokazuje też, gdzie naprawdę znajduje się dziś granica między drogim a dobrym beauty tech. Nie potrzebujemy kolejnej aplikacji, abonamentu ani ekranu pokazującego poziom „blasku skóry” w procentach. Potrzebujemy urządzenia, które wykonuje jedną pracę, jest na tyle komfortowe, żeby używać go regularnie, i nie kosztuje tyle, by po zakupie oczekiwać zmiany rysów twarzy.
Renpho właśnie takie urządzenie zbudowało. Nie daje powodów, by wyrzucać krem z filtrem, dobrą pielęgnację i zdrowy rozsądek. Daje natomiast bardzo przyjemny sposób na dołożenie terapii LED do codziennego rytuału – i robi to bez poczucia, że domowa pielęgnacja właśnie zamieniła się w kolejny technologiczny projekt do zarządzania.
Specyfikacja
- CENA 699 PLN
- ŹRÓDŁA ŚWIATŁA czerwone 630 nm / niebieskie 415 nm / NIR 850 nm
Werdykt
NASZYM ZDANIEM
W świecie beauty tech pełnym wielkich obietnic Artemis wygrywa czymś znacznie bardziej użytecznym – sprawia, że naprawdę chce się założyć ją ponownie następnego dnia.
Plusy
Bardzo wygodna i lekka konstrukcja. 324 diody i trzy tryby terapii. Pięć poziomów intensywności. Dobra relacja ceny do możliwości.
Minusy
Przeciętnie wykonany kontroler. Brak klipsa przy pilocie. Brak etui lub stojaka. Wygląd wymaga odrobiny dystansu.



