Na początku Park Hyun Jun ma całkiem zwyczajne problemy. Odbywa służbę wojskową i planuje życie, w którym nie musi strzelać do ludzi. Potem Korea Północna rozpoczyna inwazję. Zanim zdążymy go poznać, jego świat rozpada się na kawałki. To świetny początek gry z serii, która coraz częściej traktowała fabułę jak przeszkodę przed multiplayerem. Call of Duty: Modern Warfare 4 przypomina, że kiedyś było inaczej.
Po drugiej stronie stoi John Price, któremu wojna zabrała już wystarczająco dużo, żeby przestał przejmować się konsekwencjami własnych decyzji. Śmierć Soapa przerodziła się w obsesję zemsty, a dawny bohater Task Force 141 stał się renegatem ściganym przez sojuszników. Zestawienie zmęczonego przemocą weterana z chłopakiem dopiero odkrywającym jej naturę to jeden z najlepszych pomysłów Infinity Ward. Uczestniczą w tym samym konflikcie, choć jakby toczyli różne wojny.
Przez szesnaście misji, zajmujących sześć do ośmiu godzin, kampania prowadzi nas od Seulu po Paryż i Nowy Jork. Infinity Ward odzyskuje dawny talent do reżyserowania chaosu. Bronimy pozycji przed przeważającymi siłami, przemieszczamy się w ciemności z noktowizją, przedzieramy przez zatłoczony klub. Są pościgi i eksplozje, a wszystko wali się z hukiem dokładnie wtedy, kiedy powinno. Skrypty pozostają wszechobecne, ale trudno mieć pretensje do widowiska tak sprawnie zrealizowanego.
Pod tym widowiskiem kryje się jednak coś więcej. Koreańskie sekwencje pokazują wojnę oczami ludzi pozbawionych wpływu na własny los. Ich bezradność działa mocniej niż kolejne przemówienie o ratowaniu świata. Modern Warfare 4 nie staje się przez to Plutonem Olivera Stone’a – geopolityka nadal służy przede wszystkim dramaturgii, a moralne dylematy bywają rozstrzygane z typową dla serii prostotą. Mimo wszystko bohaterowie przestają być tylko figurkami przesuwanymi po mapie.
Nie wszystko jednak wypada równie dobrze. Historia Price’a chwilami pędzi za szybko, dialogowe wybory rzadko cokolwiek zmieniają, a Archer, grany przez Madsa Mikkelsena, pozostaje niewykorzystaną szansą. Scenarzyści spieszą się z zamykaniem historii rozpoczętej w 2019 roku. Finał ma jednak znaczenie także po ostatniej eksplozji. Ciekawą odmianą jest misja Stranded, osadzona w zaśnieżonej Korei Północnej. Otwarty teren, zadania wykonywane w wybranej kolejności i opcjonalna eksploracja stanowią znacznie lepszy pomysł niż Open Combat Missions z Modern Warfare III. Tyle że po godzinach reżyserowanej akcji samodzielne organizowanie atrakcji nie zawsze wydaje się nagrodą.
Fundamentem doświadczenia pozostaje strzelanie, dopracowane niemal do perfekcji. Broń ma ciężar, charakter i znakomite animacje. Wystrzały brzmią potężnie, odrzut daje poczucie fizycznego kontaktu z uzbrojeniem, a przeładowywanie nawet po kilkudziesięciu godzinach potrafi sprawiać przyjemność. Paradoksalnie tak przekonującego karabinu używamy w grze mającej niewiele wspólnego z realistyczną walką. Ale właśnie ta mieszanka jest specjalnością Call of Duty.




Multiplayer wyraźnie zmienia kierunek względem ostatnich odsłon Black Ops. Zrezygnowano z omnimovement, pozwalającego na akrobatyczne manewry niemal w każdym kierunku. Żołnierze poruszają się jak ludzie z ciężkim wyposażeniem, choć nadal potrafią ślizgać się i błyskawicznie pokonywać przeszkody. Starcia pozostają szybkie, lecz ustawienie, znajomość mapy i przewidywanie ruchów przeciwnika znaczą więcej niż gimnastyczna sprawność. Przyjemnie jest wygrać pojedynek dzięki dobrej decyzji, a nie dlatego, że przeciwnikowi zabrakło miejsca na kolejny piruet.
Infinity Ward przypomina, dlaczego kiedyś czekaliśmy na nowe Call of Duty nie tylko dla multiplayera
Klasyczne Team Deathmatch i Kill Confirmed uzupełniają nowe warianty. Collateral korzysta z ekonomii zakupów wyposażenia znanej z Counter-Strike’a, a Kill Block każe dziesięcioosobowym drużynom rywalizować na arenie zmieniającej układ między rundami. Znikające przejścia potrafią błyskawicznie unieważnić dopiero co opracowaną taktykę. Frontline przywraca natomiast stałe punkty odradzania i czytelny podział terytorium. Nie wszystkie mapy mają równie dobry projekt, a większe przestrzenie niepotrzebnie rozrzedzają akcję. Zdarzają się kłopoty z odradzaniem, balansem broni i rejestracją trafień. System dobierania przeciwników potrafi też zamienić niezobowiązującą wieczorną sesję w egzamin z refleksu. Na plus zapisuję rozbudowany Gunsmith: modyfikacje naprawdę zmieniają zachowanie uzbrojenia, zamiast jedynie ozdabiać menu.
Największą zmianą jest powrót DMZ, czyli trybu extraction shooter. Zamiast kolejnej odsłony Zombies otrzymujemy region Hajin, gdzie trzyosobowe zespoły wykonują misje, zbierają wyposażenie i próbują bezpiecznie się ewakuować. Walczą zarówno z innymi graczami, jak i żołnierzami kontrolowanymi przez komputer. Śmierć kosztuje utratę części ekwipunku, a zdobyte zasoby pozwalają rozwijać bazę i przygotować następną wyprawę. Te proste reguły świetnie budują napięcie.
Najlepsze chwile DMZ nie zostały przez nikogo wyreżyserowane. Przypadkowy patrol sprowadza posiłki, strzelanina przyciąga obcy zespół, a spokojna ewakuacja z cennym łupem zmienia się w desperacką walkę o przetrwanie. Duża mapa, operacje i misje nadają wyprawom sens wykraczający poza przeszukiwanie skrzynek. Niestety, ekonomia wymaga poprawek, część umiejętności operatorów psuje balans, a przeciwnicy sterowani przez komputer bardziej irytują, niż zaskakują. Na tle ARC Raiders czy Escape from Tarkov systemy przetrwania są uproszczone. Dla wielu graczy będzie to zaleta – nie trzeba poświęcać całego życia jednej strzelance, żeby zrozumieć jej zasady. Szkoda problemów z połączeniem, szczególnie bolesnych przy utracie cennego wyposażenia.


Audiowizualnie Modern Warfare 4 należy do czołówki gatunku. Oświetlenie, animacje i fantastyczny dźwięk tworzą przekonujące widowisko. Szkoda, że problemy sieciowe czasem psują to wrażenie. Przy pełnej cenie sama kampania może nie wystarczyć, ale z multiplayerem i DMZ tworzy bogaty pakiet. Choć nieidealny, jest spójniejszy niż ostatnie odsłony serii.
Po wszystkim najłatwiej zapamiętać Parka, młodego człowieka, który wcale nie chciał znaleźć się na wojnie. To chyba najlepszy dowód, że Infinity Ward odzyskało coś istotnego. W serii, w której przez dwadzieścia lat zastrzeliliśmy niezliczonych przeciwników, znów obchodzi nas, kto znajduje się po drugiej stronie celownika. A kiedy skończymy tę historię, możemy wejść do multiplayera i przez następne trzy godziny strzelać do obcych ludzi. Pewnych sprzeczności Call of Duty nigdy się nie pozbędzie.
Werdykt
NASZYM ZDANIEM
Infinity Ward ponownie przypomina, że Call of Duty potrafi być czymś więcej niż corocznym rytuałem przeładowywania magazynków.
Plusy
Najlepsza kampania Modern Warfare od lat. Znakomity model strzelania i oprawa audiowizualna. Różnorodny multiplayer z ciekawymi nowymi trybami. Ambitny i rozbudowany powrót DMZ.
Minusy
Nierówności fabularne i niewykorzystane postacie. Problemy z balansem, mapami i odradzaniem graczy. DMZ wymaga poprawek ekonomii i stabilności.



