Native Union najwyraźniej uznał, że w świecie idealnie prostych, minimalistycznych kabli zrobiło się trochę za grzecznie. Nowy POP Cable bierze więc na warsztat jeden z najbardziej rozpoznawalnych elementów analogowej codzienności – spiralny przewód od telefonu stacjonarnego – i przenosi go do epoki USB-C. Efekt jest prosty: kabel, który wygląda znajomo, ale nie służy już do nerwowego chodzenia po kuchni podczas rozmowy, tylko do ładowania telefonu, tabletu albo nawet lekkiego laptopa.
POP Cable ma konstrukcję sprężynową, dzięki której po rozciągnięciu osiąga długość do 4 stóp, czyli około 1,2 metra, a po puszczeniu wraca do kompaktowej formy o długości 1 stopy, czyli mniej więcej 30 cm. W praktyce chodzi o coś bardzo przyziemnego: mniej plątania na biurku, w torbie i przy łóżku. To jeden z tych produktów, które nie próbują zmienić naszego życia, ale mogą ograniczyć liczbę małych irytacji, a to czasem wystarczy.
Kabel obsługuje standard USB-C i ładowanie Power Delivery do 60 W. To oznacza, że poradzi sobie nie tylko ze smartfonami – w tym iPhone’ami od serii 15 wzwyż, Samsungami Galaxy czy Pixelami – ale też z tabletami i częścią laptopów z USB-C. Native Union deklaruje również szybkie ładowanie iPhone’a do 50% w mniej niż 30 minut, oczywiście przy użyciu odpowiedniej ładowarki. Sam kabel nie czyni cudów, ale przynajmniej nie powinien być wąskim gardłem.

Producent podkreśla też wykorzystanie w konstrukcji 100% recyklingowanego TPU. Nie robi to z przewodu manifestu ekologicznego, ale w segmencie akcesoriów, które często kończą jako anonimowa plątanina w szufladzie, jest to krok w dobrą stronę.
POP Cable kosztuje 85 PLN i jest dostępny w kilku kolorach, m.in. Alarm Red, Pine, Black, SandStone, Lemon, Candy, Azur i Slate Green. W ofercie znajduje się także większa wersja POP Cable XL za 106 PLN. Native Union dorzuca do tego ograniczoną dożywotnią gwarancję po rejestracji produktu.
To nie jest sprzęt, który wymaga wielkiej filozofii. To kabel z charakterem – trochę retro, trochę praktyczny, trochę jak rekwizyt z mieszkania, w którym ktoś jeszcze pamięta, że kiedyś „rozłączyć się” oznaczało naprawdę odłożyć słuchawkę.



