Slayyyter wypuszcza trzeci album WOR$T GIRL IN AMERICA i robi to bez większych deklaracji o „nowym otwarciu”. Bardziej jak ktoś, kto przestał udawać, że musi jeszcze coś udowadniać.
Płyta ukazała się nakładem Columbia Records i od razu zdradza, że nie chodzi tu wyłącznie o muzykę. To projekt wizualny – każdy utwór ma swój obraz, który nie tyle ilustruje, co rozszerza całość. Trochę jakby album był czymś pomiędzy playlistą a filmem, który nie ma jednej osi, ale trzyma klimat.
Pierwsze minuty należą do „DANCE…”, numeru, który nie spieszy się z wejściem, tylko buduje napięcie i dopiero po chwili pokazuje, gdzie naprawdę chce iść ta płyta. Dalej jest bardziej bezpośrednio. „BEAT UP CHANEL$” balansuje między agresją a czymś na kształt zmęczonej czułości, „CANNIBALISM!” skręca w punkową energię, a „CRANK” flirtuje z rapem. To nie jest album, który próbuje być spójny w oczywisty sposób – raczej taki, który sprawdza, ile wersji jednej osoby da się zmieścić w czternastu utworach.
I właśnie to jest tu najciekawsze. Slayyyter mówi wprost, że przestała myśleć o „hitach” i algorytmach. Zamiast tego wróciła do punktu, w którym muzyka była czymś bardziej prywatnym – czymś, czego chce się słuchać dla siebie, a nie dla wyników. Słychać to szczególnie w spokojniejszych momentach, jak „GAS STATION” czy „UNKNOWN LOVERZ”, gdzie zamiast pozy mamy raczej chwilę zatrzymania.
Końcówka albumu nie próbuje zostawić słuchacza w dobrym nastroju. „PRAYER” i zamykające całość „BRITTANY MURPHY” to bardziej rozliczenie niż finał – z emocjami, które nie zawsze chcą się poukładać. I może właśnie dlatego ten album działa. Nie dlatego, że jest „najbardziej dojrzały”, tylko dlatego, że nie udaje, że wszystko jest pod kontrolą.
I może właśnie o to tu chodzi. Nie o decyzję, czy to „dobry album”, tylko czy masz ochotę spędzić z nim trochę czasu – nawet jeśli nie zawsze będzie wygodnie.



