Yard Act weszli w świat z drzwiami, które chyba nawet nie były zamknięte. The Overload z 2022 roku miało w sobie nerw debiutu, który nie prosi o uwagę, tylko ją zabiera. Był tam postpunkowy szkielet, spoken-wordowy dryg, polityczny brud pod paznokciami i ten rodzaj brytyjskiej ironii, który potrafi być jednocześnie zabawny, celny i trochę zbyt bliski prawdy, żeby śmiać się bez dyskomfortu.
Potem wydarzyły się rzeczy, które dla wielu zespołów mogłyby zostać puentą kariery: entuzjastyczne recenzje, współpraca z Sir Eltonem Johnem przy „100% Endurance”, David Thewlis w teledysku, trasy, festiwale, coraz większe sale. Ale Yard Act nie brzmią dziś jak zespół, który chciałby opowiadać tę samą historię jeszcze raz, tylko głośniej. Na trzeciej płycie, You’re Gonna Need A Little Music, zapowiedzianej na 17 lipca, wciąż słychać ich DNA: rytm mowy, społeczne napięcie, ostre obserwacje. Tyle że gniew nie jest już prostą reakcją. Częściej przypomina próbę zrozumienia świata, który dawno przestał mieścić się w wygodnym podziale na dobrych i złych.
Przed ich październikowym koncertem w Warszawie rozmawiamy o Leeds, Gang of Four, Talking Heads, trasach, pisaniu z podświadomości i polskich korzeniach Jamesa Smitha. Bo jak się okazuje, w tej historii jest też Kraków, nazwisko Konopiński i bardzo suchy humor, który może być bardziej rodzinny, niż się wydaje.
Wasz debiutancki album The Overload ukazał się zaledwie cztery lata temu i od razu narobił sporo zamieszania. Płyta została bardzo dobrze przyjęta, pojawili się na niej goście tacy jak Sir Elton John, który współpracował z wami przy „100% Endurance”, a w teledysku wystąpił David Thewlis. Jak pamiętasz tamten czas i jak poradziliście sobie z tą nagłą uwagą?
Szczerze mówiąc, niewiele z tego pamiętam. Pełna transparentność: to nie był najszczęśliwszy okres, naprawdę. Mimo że z zewnątrz wyglądało to tak, jakby działy się same niesamowite rzeczy. Oczywiście, świetnie bawiliśmy się z Eltonem. Na planie mieliśmy mnóstwo frajdy, pojawiały się takie momenty radości, ale właściwie nie było czasu, żeby cokolwiek przetrawić. Taśma biegła z maksymalną prędkością, a my po prostu na nią wskoczyliśmy. W naszym polu widzenia pojawiali się różni ludzie, na krótką chwilę, i zaraz znikali.
Dopiero teraz, kiedy patrzę na to z dystansu, widzę dwie rzeczy. Po pierwsze, jak dużo osiągnęliśmy. Po drugie, że nie mieliśmy właściwie szansy, żeby się tym naprawdę nacieszyć. Cieszę się, że to się wydarzyło. To zmieniło moje życie, zmieniło moją perspektywę, dużo się nauczyłem i wyszedłem z tego jako zupełnie inny człowiek.
Myślę też, że przecież ciągle się zmieniamy. Żyjemy wieloma życiami w tym jednym ciele, które dostajemy na ten czas na ziemi. Nie czuję z tego powodu jakiejś szczególnej dumy. Zawsze patrzę raczej w stronę tego, co będzie dalej. Może kiedyś będę miał historie do opowiadania wnukom, ale teraz mam poczucie, że to już przeszłość.
Powstaliście w Leeds, mieście, które dało nam między innymi Kaiser Chiefs, Gang of Four czy The Sisters of Mercy. Kto był dla was muzycznym bohaterem albo wczesną inspiracją, kiedy szukaliście własnego brzmienia?
Zawsze kochaliśmy Gang of Four. Czuliśmy z nimi pewne pokrewieństwo, choćby przez to, że żaden z nas tak naprawdę nie pochodził z Leeds. Wszyscy przeprowadziliśmy się tam na studia, podobnie jak Gang of Four. Ich polityczność, teksty, kąty, z których patrzyli na muzykę, to wszystko było dla nas ważnym wpływem.
Skoro już mówimy o wielkich rzeczach, które się wydarzyły: w zeszłym roku zagrałem na gitarze z Gang of Four na scenie w Londynie, podczas ich ostatniego koncertu w Wielkiej Brytanii. Znam Hugo i Johna, bo są fanami Yard Act, i to było bardzo domykające koło doświadczenie. Zagrać z nimi na jednej scenie i poczuć, że oni w pewien sposób dają nam swoje uznanie.
Zawsze kochałem też Talking Heads. Ich podejście do muzyki jako całości, głębokie docenienie innych gatunków, sposób, w jaki włączali je do tego, co sami robili, i jak zapraszali innych współpracowników. Uważam, że Stop Making Sense to jeden z najlepszych koncertów i filmów koncertowych wszech czasów.
Duży wpływ mieli na mnie The Streets. Zwłaszcza pierwsze dwie płyty Mike’a Skinnera. Podobało mi się, jak odczarował glamour i zrobił z niego coś bardzo bliskiego życia, ale bez udawania twardziela. Dawał uliczny obraz świata, ale bez uciekania w fantazję. A przecież muzyka może być fantazją i to też jest ważne. Nie powinniśmy zawsze próbować mówić tylko prawdy. Ale ta surowość Mike’a Skinnera w opowiadaniu historii pojawiła się w momencie, kiedy muzyka tego potrzebowała. To było bardzo ekscytujące.
Dla mnie ważni byli też Gorillaz. To była pierwsza płyta CD, którą kupiłem za własne pieniądze. Wcześniej nie interesowałem się szczególnie muzyką, bardziej kreskówkami i rysowaniem kreskówek. I proszę, właśnie to wprowadziło mnie do ich świata. Gorillaz byli bramą do mnóstwa różnych gatunków.
Mój tata zawsze bardzo interesował się muzyką, więc kiedy słuchałem Ibrahima Ferrera z Buena Vista Social Club w utworze „Latin Simone”, pamiętam, że tata powiedział: puść mi płytę Buena Vista Social Club. Wtedy jeszcze nie byłem w to jakoś mocno wkręcony, ale samo to, że coś takiego do ciebie trafia w takim wieku, zostaje w człowieku.
Hip-hop też był ogromny. Eminem był bramą wejściową, a potem cofnąłem się do wczesnego rapu z lat 90. ze Wschodniego Wybrzeża: De La Soul, A Tribe Called Quest, Jungle Brothers, Nas. Uważam, że Illmatic Nasa to jedna z moich ulubionych płyt wszech czasów.
No i Neil Young. Zawsze kochałem artystów, którzy potrafią się adaptować i zmieniać. Kiedy ktoś jest obecny długo, masz szansę wejść w jego twórczość naprawdę głęboko. To lubię w starszych artystach i zespołach: kiedy zaczynasz ich poznawać, jest cały świat, w który można się zanurzyć. Z Neilem Youngiem miałem właśnie taką podróż. Wskakiwałem w różne zakątki jego dyskografii i w każdym znajdowałem coś ekscytującego. Więc tak, to byli ważni ludzie: Nas, Talking Heads, Neil Young, Gorillaz.
Ciekawe, że mówisz o artystach, których pociąga zdolność do zmiany i transformacji, bo przechodząc do waszej trzeciej płyty, You’re Gonna Need A Little Music, która ukaże się 17 lipca, mam wrażenie, że to też dotyczy was. Zaczynaliście od brzmienia bardzo gniewnego, surowego i oszczędnego. Kolejny album i teraz ten trzeci mają to samo DNA, ale wszystko układa się bardziej płynnie. Jest spoken-wordowy postpunk, który mieliście od początku, ale kompozycje są bardziej warstwowe. Jak dziś czujesz tę nową płytę?
Jeśli chodzi o to, o czym piszę, oczywiście nadal jestem zły na niesprawiedliwość. Ale przez ostatnich kilka lat dużo myślałem o tym, jak naprawdę dochodzi do zmiany i jaka zmiana komukolwiek się należy. Świat nie ugina się pod twoją wolą. Nigdy nie uginał się pod niczyją wolą, z wyjątkiem garstki psychopatów i otaczających ich pochlebców, którzy zawsze będą drapać się na samą górę.
Myślę, że świat nie jest linearny. Poczucie, że coś nam się należy, to dziwna rzecz. W ramach rzeczywistości, w ramach własnej rzeczywistości i własnych doświadczeń, nadal możesz podejmować decyzje, które polepszają twoje życie. I to nie zawsze sprowadza się do obwiniania wszystkich innych.
Nie mogę już wiecznie tkwić w sprzężeniu zwrotnym gniewu na Donalda Trumpa. To niczego nie osiągnie. Jego decyzje wpływają na życie ludzi i krzywdzą ludzi, ale on jest zbyt daleko, żebym mógł to zmienić. Muszę patrzeć też na to, co mam przed sobą.
Próbuję dostrzegać ludzką naturę w każdym i zastanawiać się, jak przekroczyć czarno-biały podział, tę binarność dobra i zła. Z nim akurat jest trudno, to prawda. To nie jest dobry przykład. Ale przy większości ludzi nie wydaje mi się, żeby sprawy były tak jednoznaczne.
Bardzo męczyły mnie wojny kulturowe i malowanie ludzi jako jednej, zamkniętej rzeczy. Całe to myślenie sloganami. Naprawdę trudno mi zrozumieć, jak możemy wprowadzić znaczącą zmianę na świecie i wyjść poza to wszystko, jeśli sami zamykamy się w nieruchomych obozach.
Płyta o tym opowiada. W takich utworach jak „Fiction” czy „Tall Tales” przygląda się temu, czym właściwie jest prawda. Czy istnieje jedna prawda, czy może każdy z nas żyje w osobnej rzeczywistości dla jednej osoby. Myślę, że to jest kulminacja neoliberalizmu. W tym miejscu wylądowaliśmy, po lewej i po prawej stronie. Każdy chce, żeby jego wersja rzeczywistości była tą zwycięską. Ale kiedy cała planeta ludzi chce postawić na swoim, nikt tego nie dostanie.
Zastanawiałem się, w jakim stanie głowy byłeś, kiedy pisałeś te piosenki, bo dla mnie wydają się tym razem dużo bardziej osobiste.
Chyba rzeczywiście tak jest. Na początku pracy nad albumem, zanim zaczął nabierać kształtu i stał się tym, czym jest, zanim mieliśmy jasny kierunek, po prostu zasiewaliśmy ziarna i pisaliśmy dema. Nie miałem żadnego wcześniejszego pomysłu. Tym razem pisałem do muzyki, zamiast przynosić gotowe teksty. To był pierwszy raz, kiedy naprawdę tak pracowałem.
W tym sensie było to bardziej impulsywne i intuicyjne. Pewne wersy po prostu wypadały ze mnie, a ja byłem nimi zaintrygowany, nawet jeśli nie do końca je rozumiałem. Czułem się też wystarczająco komfortowo, żeby tym razem nie musieć pokazywać całego toku rozumowania i tak bardzo wszystkiego wyjaśniać. Miałem poczucie, że pisanie jest wystarczająco mocne. Byłem zadowolony, że mogę pozwolić mu płynąć, a ludzie sami dojdą do swoich wniosków.
Co ciekawe, im więcej pisaliśmy, tym częściej wracałem do różnych wersów i zaczynałem lepiej rozumieć, co właściwie powiedziałem. Myślę, że podświadomość często jest rok albo dwa przed tym, co mówisz na głos i przed twoimi działaniami. Zauważyłem to szczególnie przy drugiej płycie. Wiele rzeczy, które wtedy napisałem i których w tamtym momencie nie rozumiałem, później wydarzyło się w moim życiu.
Trudno mi zrozumieć, jak możemy wprowadzić znaczącą zmianę na świecie i wyjść poza to wszystko, jeśli sami zamykamy się w nieruchomych obozach.
Podświadomość to potężna rzecz. Ona trochę zapisuje za ciebie twoje z góry wyznaczone przeznaczenie. Dla mnie słowa są ćwiczeniem, formą katharsis. Pomagają mi odetkać korek w mózgu.
To jest ćwiczenie i zabawa. Nie siadam z intencją, że muszę coś powiedzieć. Możesz stworzyć coś dobrego, lubianego i nadającego się do pokazania, ale nie sądzę, żeby w ten sposób dało się wejść na kolejny poziom tego, co ja uważam za wielką sztukę. A do tego właśnie aspiruję: do poczucia jednoczesnej znajomości i dezorientacji, do niekończącej się próby zrozumienia czegoś, czego nie da się wyjaśnić.
Myślę, że właśnie tam znajduje się wielka sztuka. I czuję, że ten sposób pisania może mnie do tego zbliżyć. Ale tak, zdecydowanie wyszło to z bardziej osobistego miejsca.
Zmieńmy trochę temat. Przez te cztery lata zebraliście sporo doświadczeń, a ważną częścią tożsamości zespołu są koncerty. Gracie dużo tras i w tym roku też będziecie intensywnie koncertować. Lubisz tę część bardziej czy mniej niż nagrywanie i tworzenie nowej muzyki?
Trzeba patrzeć na to jak na dwie różne bestie. Moim ulubionym miejscem jest studio i pisanie. Kocham tę część procesu, w której możliwości wydają się nieskończone. Jesteś podekscytowany, ale nie wiesz jeszcze, dokąd to zmierza. Jest wyzwanie, wyprawa: najpierw skończyć piosenkę, a potem napisać wystarczająco dużo piosenek, żeby można było zbudować wokół nich album.
Tworzenie albumów to moja ulubiona część bycia w zespole. Ale koncert jest równie ważną okazją, żeby się uwolnić, pokazać te utwory, zagrać razem i podzielić się energią z publicznością i między sobą.
Ostatecznie koncerty są rozrywką, choć mogą być też głębokim artystycznym komunikatem. Myślę, że większość tego dzieje się jednak w studiu, podczas pisania piosenek. Kiedy utwór jest już napisany, jeśli stworzyłeś coś osobistego i głębokiego, ono takie zostaje, bo esencja jest w tę piosenkę wlana. Ale nie sądzę, żeby dało się zachować ten sam poziom intensywności, który czułeś, kiedy pierwszy raz to śpiewałeś albo grałeś. Nie możesz tego robić co wieczór w identyczny sposób. W pewnym sensie prezentujesz więc kserokopię tego momentu, replikę pierwszego wyrazu.
Teraz jednak mamy trzy albumy i EP-kę, z których możemy wybierać, do tego kilka coverów i parę utworów, których nigdy nie nagraliśmy. Są też strony B, które nie trafiły na album, a których uczymy się grać. To zrobiło się bardzo różnorodne i ekscytujące. Cieszymy się, że możemy grać. Są starsze piosenki, które wypadły z setu, a teraz wracają na trasę. Będziemy rotować materiałem i po prostu się tym bawić.
Myślę, że taki jest nasz etos: utrzymywać to interesującym dla nas samych, dając publiczności w każdym mieście trochę inny koncert. I tak, to wciąż sprawia frajdę. Nie taką jak pisanie piosenek, ale nadal daje mi prawdziwego kopa. Zwłaszcza kiedy publiczność naprawdę przychodzi i jest obecna. W tym roku gramy oczywiście w Warszawie, więc powinno być świetnie. Kilka lat temu graliśmy w Katowicach na OFF Festivalu, ale wreszcie przyjechać do Polski i zahaczyć o trochę Europy Wschodniej – to bardzo ekscytujące.
Skoro mówimy o Polsce, przeczytałem gdzieś, że masz polskie korzenie. Czy to prawda, że twój pradziadek przyjechał do Wielkiej Brytanii, a później zmienił nazwisko?
Tak. Mój pradziadek pochodził z Krakowa, a oryginalne nazwisko mojej rodziny brzmiało Konopiński. Najpierw jego ojciec uciekł pod koniec XIX wieku. Osiedlili się w Tottenhamie w Londynie, prowadzili zakład fryzjerski i mieli nazwisko wypisane nad oknami. Podczas wojny ktoś ciągle wybijał im te okna cegłami, więc zmienili nazwisko na Smith. I to całkowicie pogrzebało tamto nazwisko.
Nigdy się o tym nie mówiło, dopóki mój dziadek, który jest w połowie Polakiem, nie zrobił drzewa genealogicznego jakieś 15 lat temu. Wtedy po raz pierwszy ktokolwiek się o tym dowiedział. Więc tak, jestem w jednej ósmej Polakiem.
Czyli w październiku wracasz do domu.
Absolutnie, tak. Bardzo chciałbym spędzić tam trochę czasu i odbyć coś w rodzaju pielgrzymki, żeby połączyć się z tą częścią mojej tożsamości. Mam tam całą gałąź rodziny, z którą rozmawiałem tylko mailowo. Moja ciocia spotkała się ze swoją kuzynką, pojechała do Krakowa jakieś 10 lat temu i się z nimi zobaczyła. Ale ostatnie cztery lata były tak intensywne, że nie miałem okazji. Jest to jednak na mojej liście rzeczy do zrobienia.
Zdecydowanie powinieneś to zrobić. Kraków to piękne miasto, zdecydowanie trzeba je zobaczyć.
Tak, cieszę się na tę myśl. Czuję pewne powinowactwo z Polakami, szczególnie jeśli chodzi o poczucie humoru. Jest dość suche, ale też bardzo bezpośrednie.Tak, cieszę się na tę myśl. Czuję pewne powinowactwo z Polakami, szczególnie jeśli chodzi o poczucie humoru. Jest dość suche, ale też bardzo bezpośrednie.



