Davy ma pewien problem z rozumieniem relacji międzyludzkich. Jest zombie, zakochał się w dziewczynie leżącej w zamrażarce i zamierza ją wskrzesić, choć nigdy nie zamienili ze sobą słowa. Romantyczne komedie miewały zdrowsze fundamenty. Bohater Stupid Never Dies nie zaprząta sobie jednak głowy podobnymi wątpliwościami. Gdy zyskuje zdolność przejmowania cudzych mocy, naukowiec proponuje mu układ: pokona króla potworów, a będzie mógł wskrzesić ukochaną. Do podziemnego królestwa Davy dostaje się przez muszlę klozetową. To wiele mówi o poczuciu humoru twórców.
Za grą stoi japońskie GPTRACK50, założone przez weteranów Capcomu. Stupid Never Dies wygląda jak punkowy fanzin, którego autor dostał nieograniczony zapas farb i naklejek. Graffiti, komiksowe wstawki i gitarowa muzyka przywołują czasy, gdy pop-punk królował w MTV. Bywa głośno, jaskrawo i zwyczajnie brzydko, ale świat ma własną tożsamość. Żarty wypadają nierówno: jedne rozbrajają absurdem, inne brzmią jak dowcipy z gimnazjalnej szatni. Także obsesja Davy’ego na punkcie Julii balansuje między czarną komedią a czymś niepokojącym. Mimo to trudno odmówić tej historii uroku.
Rozgrywka polega na kolejnych wyprawach do podziemi z centrum handlowego pełniącego funkcję bazy. Davy walczy, zbiera wyposażenie, wraca silniejszy i ponawia próbę. Każdą eskapadę ogranicza czas, więc trzeba działać sprawnie. Największą satysfakcję daje błyskawiczny rozwój postaci: mnożnik doświadczenia rośnie z każdą wyprawą, a zombiak potrafi awansować o kilkanaście poziomów po jednej potyczce. Wrogowie, którzy niedawno stanowili zagrożenie, zaczynają padać po kilku ciosach. Poznane piętra można potem pomijać. Problem w tym, że z czasem wysokie statystyki zastępują potrzebę doskonalenia umiejętności.





Pomysłów na walkę teoretycznie nie brakuje. Davy pochłania rdzenie potworów, przejmuje ich postacie i korzysta z jedenastu stylów walki. Wilkołak, wampir czy harpia mają odmienne zdolności, a modyfikowanie części ciała i wybierane podczas wypraw premie poszerzają możliwości. Tyle że niektóre przemiany wyraźnie górują nad pozostałymi, a wiele ulepszeń sprowadza się do podbijania liczb. Można eksperymentować, lecz gra rzadko daje dobry powód, by porzucić najskuteczniejszą kombinację.
Największy kłopot stanowi jednak sama walka. Brakuje porządnego namierzania celu, ciosy mijają przeciwników stojących niemal przed bohaterem, a sterowanie bywa ciężkie i nieprecyzyjne. Szczególnie irytują latające potwory oraz bossowie, przy których liczy się wyczucie dystansu i momentu ataku. Wyróżnia się Stupid Parry, czyli kontratak połączony z doskokiem do wroga. Częściej jednak skuteczniejszą strategią okazuje się powrót z wyższym poziomem postaci niż opanowanie mechaniki. Uciekający zegar tylko podkręca frustrację.
Z czasem męczą powtarzalne podziemia, a na początku tempo hamują rozwlekłe objaśnienia. Stupid Never Dies chce nieustannie pędzić naprzód, lecz regularnie podstawia sobie nogę. Jednocześnie trudno ją skreślić. Drobiazgi w rodzaju przejażdżek robotem sprzątającym po centrum handlowym zdradzają autentyczną radość tworzenia. Dostajemy więc grę pełną osobowości, choć konkurencyjne roguelite’y potrafią zaoferować znacznie lepszą walkę.
Ostatecznie Davy przypomina bohatera własnego romansu: ma wielkie serce, mnóstwo zapału i zbyt mało umiejętności, by wszystko poszło po jego myśli. Stupid Never Dies budzi sympatię, ale sympatia nie zawsze wystarcza, żeby wytrwać do końca związku.
Werdykt
NASZYM ZDANIEM
Zombie z wielkim sercem i głową pełną pomysłów, któremu przydałoby się jeszcze kilka lekcji walki.
Plusy
Wyrazista, punkowa oprawa wizualna. Absurdalny świat pełen charakteru. Satysfakcjonujące tempo rozwoju bohatera. Dużo pomysłów na zdolności i przemiany.
Minusy
Nieprecyzyjna, nierówna walka. Słabo zbalansowane formy i ulepszenia. Powtarzalne podziemia i potyczki. Rozwlekłe wprowadzenie i nierówny humor.



