W mitologii Charon był raczej typem usługowym: moneta, łódka, przeprawa, proszę nie machać rękami, jesteśmy na wodzie. Black Jacket dopowiada jednak, że staruszek mógł mieć znacznie bardziej elastyczny cennik. Jeżeli zapłacimy odpowiednio dużo, może zamiast wozić dusze w jedną stronę, zawróci i odstawi nas z powrotem do świata żywych. Problem polega na tym, że po śmierci człowiek zwykle nie ma przy sobie ani portfela, ani aplikacji bankowej, ani nawet sensownego planu emerytalnego. Zostaje więc hazard.
Gramy w blackjacka przeciwko potępionym duszom, zbieramy pieniądze na przeprawę, rozwijamy własną talię, oszukujemy, ryzykujemy i liczymy, że tym razem 21 okaże się nie tylko liczbą, ale też furtką ewakuacyjną z piekła.
Podstawowe zasady są znajome – chodzi o to, by zbliżyć się do 21 punktów i nie przebić. Karty numeryczne mają swoje wartości, figury liczą się jako 10, as może być 1 albo 11, zależnie od tego, co w danej chwili mniej nas pogrąża. Różnica polega na tym, że każdy gracz korzysta z własnej talii, a zwycięstwo w pojedynczym rozdaniu nie kończy sprawy. Prawdziwym celem jest wyczyszczenie przeciwnika z żetonów. Dopiero gdy ktoś zostaje bez grosza, cały łup trafia do zwycięzcy, a my możemy ruszyć dalej po rozgałęzionej mapie.
I właśnie tam Black Jacket przestaje być ciekawostką, a zaczyna być grą. Po drodze trafiamy na kolejne pojedynki, sklepy, wydarzenia i okazje do rozbudowy talii. Kupujemy nowe karty, pozbywamy się niepotrzebnych, wzmacniamy te lepsze i stopniowo odkrywamy, że uczciwa gra jest tu mniej więcej tak sensowna jak oszczędzanie many na ostatniego bossa, który i tak zaraz ukradnie nam pół ekwipunku. Karty mogą zyskiwać specjalne efekty: jedna pozwala podejrzeć następny ruch, inna zmienia wartość zależnie od sytuacji, kolejna może mieć oznaczony rewers, dzięki czemu wiemy, co za chwilę dobierzemy.







Najciekawsze są jednak karty Hollow. Można z nich korzystać normalnie, ale ich prawdziwa siła polega na tym, że przyjmują inne karty, budując kombinacje i efekty warstwowe. Liczenie punktów nadal jest ważne, ale z czasem przestaje być centrum zabawy. Coraz częściej wygrywa nie ten, kto ma szczęście do dobierania, lecz ten, kto zbudował talię zdolną do paskudnych, eleganckich manipulacji.
Do tego dochodzą same stoły, które nie są wyłącznie dekoracją. Mają własne pola i efekty, aktywowane przez zagrywanie kart w konkretnych miejscach albo poświęcanie żetonów. Dzięki temu liczy się nie tylko, co kładziemy na blat, ale też gdzie.
Bossowie są odpowiednio wredni. Mają mocne talie, potrafią kraść lub niszczyć nasze karty, a czasem zapychają rękę śmieciami tylko po to, by popsuć starannie układany plan. Nie jest to subtelne, ale piekło raczej nie słynie z dobrych manier. Gra dobrze sprzedaje ten klimat również wizualnie. Ilustracje są brudne, niepokojące, lekko obmierzłe, interfejs trzyma się mrocznego tonu, a krótkie prezentacje przeciwników dodają całości charakteru.
Największy problem polega na tym, że Black Jacket nie zawsze potrafi ukryć swoje roguelite’owe pochodzenie. Grinding jest częścią układu. Żeby zbudować naprawdę konkurencyjną talię, trzeba rozegrać swoje, powtarzać schematy, uczyć się zależności i czasem patrzeć, jak dobrze zapowiadający się run idzie do piachu, bo fortuna akurat przypomniała sobie, że jest ślepa, a nie sprawiedliwa. Można dobrze planować, można mieć pomysł na talię, można wyciągać z systemu naprawdę sprytne kombinacje, a potem i tak dostać po głowie serią kart, która wygląda jak interwencja księgowego z zaświatów.
Nie pomaga też fakt, że niektóre partie zaczynają się do siebie upodabniać. System jest głębszy, niż sugeruje pierwsze wrażenie, ale nie każda nowość realnie zmienia rytm gry.
Black Jacket ma jednak jedną ważną zaletę: bardzo szybko daje poczucie, że prosty pomysł został naprawdę przemyślany. Najlepsze momenty przychodzą wtedy, gdy przestajemy grać jak w kasynie, a zaczynamy grać jak ktoś, kto wie, że w piekle regulamin jest tylko sugestią.
Werdykt
NASZYM ZDANIEM
Black Jacket to blackjack po podpisaniu cyrografu – prosty przy wejściu, podstępny po kilku rozdaniach.
Plusy
Świetny pomysł. Dużo miejsca na kombinowanie. Atmosfera.
Minusy
Grinding. Losowość w końcówkach potrafi zirytować. Część partii zbyt do siebie podobna.



