Najbardziej podejrzany moment w Ace Combat 8 przychodzi wtedy, gdy wszyscy zaczynają w ciebie wierzyć. Żołnierze na ziemi odzyskują nadzieję, koledzy w eskadrze czekają na twój ruch, a przeciwnik zna twoją reputację lepiej niż ty. Przyjemne uczucie. Trochę jak wejście na spotkanie, na którym przedstawiono cię jako wybitnego specjalistę, choć przyszedłeś głównie dlatego, że obiecano kawę. Tyle że tutaj trzeba jeszcze przeżyć ostrzał.
Wings of Theve daje tej fantazji dobry punkt wyjścia. W fikcyjnym świecie Strangereal Federacja Centralnej Usei próbuje przetrwać inwazję Republiki Sotoa, a ty przejmujesz tożsamość pilota będącego symbolem oporu. Jego legendę wyprodukowano na potrzeby wojny. Ludzie potrzebują bohatera, dowództwo potrzebuje ludzi gotowych walczyć, a ktoś musi podtrzymać całe przedsięwzięcie. Oprócz uzbrojenia zabierasz więc na pokład cudze nazwisko i narodowe oczekiwania. Nawet jak na myśliwiec to spory ładunek.
Seria zawsze miała słabość do wielkich słów, wojennych traum i superbroni, których projektanci musieli wyjątkowo źle znosić odmowę. Ósemka zachowuje ten temperament, ale przybliża ludzi stojących za radiowymi komunikatami. Sceny z perspektywy pierwszej osoby wpuszczają do życia eskadry i nadają znajomym głosom twarze. Zaczyna obchodzić cię los załogi, nawet jeśli akurat masz pilną sprawę z rakietą nadlatującą od tyłu.
Opowieść chwilami za długo przygotowuje się jednak do startu. Odprawy i rozmowy rozciągają przerwy między misjami, a kolejne nazwiska, państwa i zależności polityczne wymagają uwagi, na którą nie zawsze ma się ochotę. Dialogi zachowują skłonność do wygłaszania deklaracji w momentach, gdy większość ludzi wybrałaby krótszy i mniej drukowalny komunikat. Radiowe odpowiedzi dają odrobinę uczestnictwa, lecz zbyt skromnie wpływają na wydarzenia, by mówić o rozbudowanym systemie decyzji. Najlepsze fragmenty historii rozgrywają się podczas lotu, kiedy sytuacja wymyka się planom, a bohaterstwo trzeba potwierdzić czymś więcej niż właściwą kwestią dialogową.
Samo latanie szybko wyjaśnia, dlaczego Ace Combat może sobie pozwolić na tyle teatralności. Sterowanie jest przystępne, reakcje maszyny czytelne, a walka ma szczególny rytm: szukanie celu, korekta kursu, zajmowanie pozycji i chwila, w której można odpalić pocisk. Trafienie daje satysfakcję, bo poprzedza je manewr, a skuteczność zależy od kąta podejścia, prędkości i wyczucia. Samoloty mają odczuwalny ciężar, więc bezmyślne kręcenie drążkiem nie załatwia wszystkiego. Gra szybko pozwala poczuć się kompetentnym, po czym znajduje sposób, żeby tę pewność naruszyć.





Uproszczone sterowanie ułatwia pierwsze loty, ale warto oswoić wariant z pełną kontrolą przechyłu. Daje więcej swobody i sprawia, że ciasny zakręt czy zejście za przeciwnikiem stają się świadomym ruchem. Nie trzeba przy tym kończyć szkoły pilotażu. Zapas rakiet podporządkowano widowisku, realizm stosuje się wybiórczo, a całość służy przyjemnej grze na padzie. Wymagania rosną, gdy trzeba pilnować kilku zagrożeń i zdecydować, które usunąć najpierw.
Kampania obejmuje 30 misji i regularnie zmienia skalę wydarzeń. Pojedynki z myśliwcami przechodzą w ataki na cele naziemne, obronę sojuszników albo starcia z ogromnymi konstrukcjami, wobec których własny samolot wygląda jak wyjątkowo zdeterminowany owad. Najlepiej działają zadania, w których odprawa okazuje się wstępnym szkicem, bo sytuacja zmienia się w powietrzu. Słabiej wypadają momenty, gdy mnogość komunikatów utrudnia odczytanie priorytetu. Kolejna fala przeciwników potrafi też przedłużyć misję, która powiedziała już wszystko, co miała do powiedzenia. Przy całej różnorodności scenografii podstawowy zestaw czynności pozostaje znajomy.
Cudzą legendę dostajesz razem z samolotem. Na własną musisz zapracować między alarmem rakietowym a kolejnym rozkazem z ziemi
Dobrym rozwinięciem są skrzydłowi, którym można przydzielać samoloty i wyposażenie, a podczas walki wydawać proste polecenia. Potrafią osłonić, zaatakować wskazany cel albo zająć przeciwnika, dając chwilę na własny manewr. Eskadra ma więc znaczenie także poza dialogami. Przygotowanie grupy wnosi odczuwalną warstwę taktyki: konfiguracja dobra do walki w powietrzu nie musi sprawdzić się przy osłanianiu oddziałów na ziemi. Szkoda, że drzewko zakupów i ulepszeń obsługuje się mniej wygodnie, niż powinno. Odkrywanie maszyn cieszy; przewijanie rozgałęzień i porównywanie wyposażenia przyhamowuje tę radość.
Najbardziej imponującym elementem krajobrazu pozostaje niebo. Wielowarstwowe chmury mają objętość, światło i skalę, które sprawiają, że wejście w nie zmienia poczucie przestrzeni. Pomagają zgubić przeciwnika i utrudniają działanie pocisków, ale odbierają widoczność, a dłuższy pobyt grozi oblodzeniem. To technologia, którą czuje się bez zaglądania do ustawień. Ziemia oglądana z bliska nie zawsze dotrzymuje kroku temu spektaklowi, jednak na wysokości, na której rozgrywa się większość akcji, całość wygląda znakomicie.
Jeszcze więcej robi dźwięk. Silniki, alarmy i głosy tworzą zrozumiały chaos, a muzyka nadaje pojedynkom rozmach większy niż niejeden finał kinowego widowiska. Szczególnie udane jest wplatanie motywów muzycznych w tożsamość eskadr. Ścieżka dźwiękowa uczestniczy w wydarzeniach i nadaje przeciwnikom charakter. Ace Combat ma tyle szczerości, że nawet podniosłe fragmenty łatwiej przyjąć z uśmiechem niż z zażenowaniem. Trzeba tylko zgodzić się na świat, w którym wojskowe radio bywa sceną dla bardzo emocjonalnego chóru.
Ace Combat Online otwiera osobną ścieżkę rozwoju, z własnym pilotem, kolekcją maszyn i bazą pełniącą funkcję miejsca spotkań. Cross-play ułatwia wspólne granie, a tryby obejmują współpracę przeciw jednostkom komputera oraz walkę drużyn z udziałem sił lądowych, morskich i powietrznych. To ambitniejszy dodatek niż kilka pojedynków po kampanii. Mniej entuzjazmu budzą sklep i płatny Premium Ace Pass. Ich obecność w pełnopłatnej grze zasługuje na krytykę, choć ocenę tempa rozwoju i długofalowego balansu trzeba zostawić na później.
Za tę cenę Wings of Theve musi oferować więcej niż powrót znanej marki. Rozbudowana kampania, dopracowana walka i większy multiplayer dają mocne argumenty, mimo nierównego tempa fabuły oraz niewygodnego menu. Ósemka rozwija serię przez lepszą inscenizację i mocniejsze poczucie uczestniczenia w życiu eskadry. Najcelniejszy pomysł pozostaje prosty: dać graczowi reputację na kredyt, a potem pozwolić spłacać ją kolejnymi lotami. Gdy z ziemi dociera wiadomość, że dzięki tobie ktoś ma szansę przetrwać, cały ten rozbuchany teatr znajduje uzasadnienie. I naprawdę chce się wystartować ponownie.
Werdykt
NASZYM ZDANIEM
Ace Combat 8 pożycza ci cudze skrzydła, po czym daje wystarczająco dużo powodów, żeby uwierzyć, że potrafisz na nich latać.
Plusy
Satysfakcjonująca walka i przystępne sterowanie. Widowiskowe niebo i znakomita oprawa dźwiękowa. Przydatni skrzydłowi i rozbudowana kampania. Ambitniejszy multiplayer z crossplayem.
Minusy
Przegadane fragmenty opowieści i nierówne tempo. Niewygodne drzewko rozwoju. Chwilami nieczytelne priorytety misji. Płatny pass i sklep w pełnopłatnej grze.



