Są producenci, którzy przy każdej okazji próbują wymyślić samochód od nowa. Citroën robi coś odwrotnego – bierze to, co już działa, i delikatnie podkręca. Nowa seria „Collection” dla modeli Citroën C3, Citroën C3 Aircross i Citroën C4 jest dokładnie taka: trochę więcej stylu, trochę więcej komfortu i kilka rozwiązań, które docenia się dopiero po kilku dniach.
Na zewnątrz wszystko kręci się wokół detalu. Charakterystyczne czerwone akcenty Infra-Red, czarne felgi (17 cali w C3 i C3 Aircross, 18 cali w C4) i przyciemniane szyby budują spójny, lekko „wieczorny” klimat. Nie jest to stylistyka, która krzyczy – raczej taka, która dobrze wygląda pod blokiem i nie męczy po miesiącu. W C3 Aircross dorzucono jeszcze graficzne smaczki z nazwą modelu na drzwiach, a w C4 – standardowy dwukolorowy dach.
W środku robi się bardziej po citroënowemu. Motyw Urban Blue nie próbuje być luksusem, tylko miejscem, w którym dobrze się siedzi. Miękkie fotele Advanced Comfort i zawieszenie, które wygładza progi zwalniające jakby ktoś ściszył miasto o jeden poziom – to są rzeczy, które mają sens w korku, a nie w folderze reklamowym. W wersjach „Collection” dochodzą drobiazgi, które robią różnicę: kamera cofania, elektryczne szyby z tyłu, a w przypadku C3 Aircross po raz pierwszy system bezkluczykowy. Niby nic, ale kiedy masz zajęte ręce, nagle przestaje być „niby”.



Napędy? Bez fajerwerków, za to z wyborem, który pasuje do różnych scenariuszy. Jest klasyczne 1.2 Turbo 100 KM dla tych, którzy chcą po prostu jeździć. Jest hybryda – 110 KM w C3 i 145 KM w C3 Aircross – która najlepiej odnajduje się w miejskim rytmie. I są wersje elektryczne: C3 z zasięgiem do 328 km (a w mieście nawet 460 km) oraz większy C3 Aircross, który potrafi dojechać do 400 km w cyklu mieszanym. To liczby, które przestają być teorią, kiedy zaczynasz ładować auto raz na kilka dni zamiast codziennie.
Najwięcej technologii trafia do C4. 10-calowy ekran z nawigacją 3D od TomTom, cyfrowe zegary i system kamer, który faktycznie pomaga przy parkowaniu, a nie tylko wygląda dobrze w specyfikacji. Do tego standardowy dostęp bezkluczykowy i wybór między hybrydą 145 KM a elektrykiem 156 KM z zasięgiem do 416 km. Czyli dokładnie to, czego można się spodziewać po aucie, które ma być „na co dzień”, a nie „na pokaz”.

Seria „Collection” nie jest rewolucją i nawet nie próbuje nią być. To raczej przypomnienie, że samochód nie musi zaskakiwać, żeby był dobry. Wystarczy, że jest wygodny, sensownie wyposażony i wygląda tak, że nie masz ochoty zmieniać go po pierwszym sezonie.
Przedsprzedaż w Polsce już ruszyła. I jeśli ktoś szuka auta, które po prostu ma działać – ale przy okazji wyglądać trochę lepiej niż reszta parkingu – to jest dokładnie ten kierunek.



