Dobrzy nieznajomi to rodzaj opowieści pozornie delikatnej, cichej, oświetlonej blaskiem londyńskich okien, a jednak przecinającej człowieka do kości. Nie przez skandal, nie przez wielkie gesty, ale przez coś o wiele bardziej niebezpiecznego: bliskość.
W mojej pamięci ten film na zawsze zapisze się jako opowieść o samotności – tej, która przechodzi z człowieka na człowieka jak niechciane dziedzictwo. O izolacji, która unosi się nad współczesnością jak mgła i dotyka nas niezależnie od wieku, orientacji, statusu, doświadczenia. Wszyscy jesteśmy odrobinę obcy. Sobie, innym, światu.
Adam, grany z druzgoczącym spokojem przez Andrew Scotta, żyje tak, jak żyje wielu z nas: tuż obok własnych emocji. Jakby były zbyt głośne, zbyt ryzykowne, zbyt trudne do nazwania. I kiedy na jego drodze pojawia się Harry – Paul Mescal, łagodny, roztrzęsiony, spragniony dotyku – wydaje się, że wreszcie dostaniemy prostą historię o dwóch samotnych mężczyznach, którzy odnajdują się nawzajem. Ale Haigh robi coś bardziej niebezpiecznego. Otwiera drzwi do przeszłości. Do domu, który nie istnieje. Do rodziców, którzy od dawna nie żyją. Do ran, które wciąż pulsują.
Jest w tym filmie coś, co przypomina sny o osobach, które kochaliśmy, a które odeszły. Tę chwilę, kiedy we śnie wszystko jest możliwe: rozmowa, dotyk, przeprosiny. I tę sekundę po przebudzeniu, gdy świat staje się zbyt prawdziwy. Haigh zatrzymuje ten moment na półtorej godziny. Pozwala nam zamieszkać w nierealnym miejscu, w którym można jeszcze dopowiedzieć to, czego nie zdążyliśmy powiedzieć za życia. „Przepraszam, że nie widziałem.” „Bałem się.” „Chciałem cię kochać, ale nie umiałem.” Te zdania powinny być proste. A jednak dla wielu z nas są najtrudniejsze na świecie.

Przewrotnie, największym ciężarem tej historii nie są duchy przeszłości, lecz teraźniejszość. To, jak trudno nam uwierzyć, że zasługujemy na bliskość. Że ktoś może nas wybrać nie przez pomyłkę, nie z litości, ale naprawdę. Harry jest tu ciepłem, światłem, obietnicą. A jednocześnie odbiciem, w którym Adam widzi własny strach. Jego ucieczki. Jego nieumiejętność powiedzenia „tak, możesz zostać”.
Film wiele razy zbliżał się do otwarcia moich emocji, ale robił to tak ostrożnie, tak inteligentnie, że zamiast płakać – siedziałem w bezruchu, czując, jak coś we mnie drży. Jakby Haigh dotknął właśnie tej warstwy, którą zwykle chronię: niewyrażonych tęsknot, tych najgłębszych, najciszej skrywanych. Zamiast łez dostałem rodzaj wewnętrznego pęknięcia – może bardziej wartościowego niż najbardziej spektakularny wybuch.
Bo Dobrzy nieznajomi jest o tym, że nie wszystkie rany da się zabliźnić. Że miłość nie usuwa przeszłości, tak jak wyznanie „kocham cię” nie unieważnia lat ciszy. To film o tym, że czasem jedyne, co możemy zrobić, to przyjąć swoje braki i nauczyć się żyć z widmami, które chodzą za nami krok w krok.
To film o żywych i o martwych. O tych, którzy odeszli, i o tych, którzy wciąż zostają, choć czasem nie wiadomo, dlaczego. To film o wszystkich naszych wersjach – tych, którymi byliśmy, i tych, którymi mogliśmy być. To historia o obcości, ale też o małych, nieśmiałych chwilach, w których wreszcie przestajemy być obcy.
Choćby tylko na moment.



