Connect with us

Cześć, czego szukasz?

Gaming

RECENZJA: Ninja Gaiden: Master Collection

Legendarna ze względu na poziom trudności seria gier powraca w zremasterowanej wersji.

Zanim rynek zawojowały gry z gatunku „soulslike”, jednym z wyznaczników poziomów trudności była seria Ninja Gaiden – wchodzące w jej skład tytuły od razu wrzucały nas w środek akcji i wymagały pełnego skupienia, ponieważ śmierć czekała na każdym kroku. Teraz, gdy gracze odkryli w sobie głód hardkorowych rozgrywek, studio Team Ninja zdecydowało na chwilę odejść od masowego produkowania kolejnych kostiumów dla pań z Dead or Alive 6 i skupić się na odświeżeniu swojego niegdysiejszego hitu. Sprawdźmy, czy remaster zachowuje ducha trylogii sprzed lat. 

W skład Master Collection wchodzą trzy gry: Ninja Gaiden Sigma, Ninja Gaiden II Sigma oraz Ninja Gaiden III: Razor’s Edge. Tytuły łączy postać głównego bohatera – Ryu Hanabusy z Klanu Smoka, jednego z najbardziej utalentowanych wojowników ninja na świecie. Pierwsza część to klasyczna historia o zemście, druga wykorzystuje motywy starożytnej przepowiedni, zaś trzecia wrzuca Ryu w sam środek politycznej konspiracji. Nietrudno się domyślić, że tło fabularne jest tu jest jedynie pretekstem do rozgrywki, w której nasz cichy zabójca staje do samotnej walki przeciwko setkom tysięcy wyszkolonych żołnierzy, futurystycznych mechów i istot paranormalnych. 

„Mistrzowska kolekcja” traktuje wszystkie gry jako indywidualne produkcje (zresztą każdy z nich trzeba osobno pobrać i zainstalować). Pierwsza w serii Ninja Gaiden Sigma została wydana na PS3 w 2007 roku, co niestety widać także w remasterze. Grafika jest lekko podkręcona, aby nie kłuła w oczy na ekranach o rozdzielczości powyżej 720p, a nowe tekstury cieszą oko niezłą szczegółowością. Po modelach postaci i lokacjach widać jednak, że gra ma prawie 15 lat: uproszczone kształty i animacje natychmiast zdradzają prawdziwy wiek tytułu. 

Na szczęście nie wpływa to na najważniejszy aspekt, czyli walkę. Ryu otrzymuje do dyspozycji pokaźny arsenał broni, mocy Ninpo i ciosów, do których wykonania niezbędne jest wklepanie odpowiedniej kombinacji na padzie. Bohater jest zabójczo szybki, a starcia wymagają maksymalnego skupienia i natychmiastowego reagowania na ruchy przeciwników. Śmierć czyha na nas na każdym kroku; czasami do uśmiercenia Ryu wystarczy jeden niezablokowany cios. Oprócz przedzierania się przez hordy wrogów, gra serwuje nam także starcia z bossami – monumentalne, piekielnie trudne i wymagające rozpracowania przeciwnika. 

Podobne wrażenia wywołuje Ninja Gaiden II, gra odrobinę słabsza od rewelacyjnego poprzednika, ale wciąż wciągająca. Na plus należy zaliczyć tutaj poprawioną w stosunku do „jedynki” pracę kamery i pomoc w wyszukiwaniu odpowiedniej drogi, ale nie da się ukryć, że obydwa te systemy lekko trącą myszką. Na dodatek wersja Sigma cenzuruje to, co w drugiej części dostarczało najwięcej satysfakcji – możliwość rozkawałkowania wroga i jego brutalnej egzekucji. Zamiast tryskających na wszystkie strony fontann posoki otrzymujemy znikające kończyny i fioletową mgiełkę unoszącą się nad bezgłowym delikwentem. Team Ninja tłumaczy, że kod oryginalnej gry został zagubiony, dlatego w kolekcji znalazła się Sigma, ale przy okazji remastera deweloper mógł chociaż postarać się o stosownego patcha. 

Trzecia odsłona Ninja Gaiden to najbardziej kontrowersyjny tytuł w serii: „wzbogaciła” ona walkę o elementy QTE, które całkowicie rozwalają dynamikę starć oraz czynią ją paskudnie powtarzalną. Owszem, mapy wypełnione są teraz setkami wrogów, ale ciągłe wykańczanie tych samych jednostek okazuje się po prostu nużące. Finezja i lekkość potyczek z dwóch pierwszych części gdzieś uleciała, zastąpiona przez metodyczną, jednostajną siekaninę. 

Opowiedziana w tej części mroczniejsza historia to ciekawy eksperyment, chociaż chaotyczne, powierzchowne prowadzenie narracji sprawia, że „poważne” momenty stają się po prostu śmieszne. Trzeba jednak przyznać, że spośród wszystkich części to właśnie Razor’s Edge zestarzała się najlepiej: na PS4 remaster wygląda prawie jak tytuł projektowany z myślą o tej generacji konsol. 

Mieliśmy także okazję przez chwilę pograć w wersję pecetową. To jeden z najgorszych portów, jakie kiedykolwiek widzieliśmy: do zabawy niezbędny będzie pad, ponieważ gra nie obsługuje klawiatury, a żeby zagrać w trybie pełnoekranowym musimy… ręcznie zmaksymalizować okno gry. 

W ogóle jakość remastera stoi na niskim poziomie: Team Ninja poszło po najmniejszej linii oporu, serwując nam lekko odgrzaną wersję wybornego dania. Leniwe „upiększenie” bawi (i frustruje) jednak tak samo jak oryginały, co mimo wszystko czyni z Master Collection pozycję wartą uwagi.

Werdykt
73

NASZYM ZDANIEM...

Master Collection nie jest dobrym remasterem, ale wchodzące w jego skład gry to dla prawdziwe klasyki.

Plusy

Ninja Gaiden to wciąż te same hity, piekielnie grywalne i koszmarnie trudne. Wszystkie trzy gry nareszcie dostępne na konsolach poprzedniej generacji i pecetach. 

Minusy

Remaster jedynie lekko podrasowuje grafikę, nie wprowadzając żadnych zmian, o które żywo prosili fani.

Autor

Dobry duch i woda na młyn naszej redakcji. Pilnuje terminów, buduje treści i tworzy layout magazynu. Czasami też znajduje czas na filiżankę kawy, bez której nie wyobraża sobie życia.

Może cię też zainteresować

Newsy

System pojawi się na nadchodzącej konsoli Pocket.

Testy

Zrównoważony pod względem wykorzystanych materiałów i bezkompromisowy w kwestii dźwięku, nowy głośnik od B&O to propozycja na długie lata.

Moto

Work hard, ride hard – czy za kierownicą tego pikapa spełni się nasz amerykański sen?

Testy

Flagowe słuchawki z serii QuietPoint kontra zgiełk wielkiego miasta – kto zwycięży?