Dyktaturę najłatwiej wyobrazić sobie jako coś monumentalnego: wojskową paradę, tłum policjantów, portret przywódcy wiszący nad urzędem. Mohammad Rasoulof robi rzecz znacznie bardziej niepokojącą. Pokazuje, że system autorytarny nie musi pozostawać za oknem. Potrafi wejść do zwyczajnego mieszkania, założyć kapcie i zapytać, dlaczego córka tak długo siedzi z telefonem.
Bohaterem filmu jest Iman, świeżo mianowany śledczy Sądu Rewolucyjnego w Teheranie. Awans oznacza lepsze życie dla rodziny, ale także konieczność zatwierdzania wyroków, których nie sposób uczciwie ocenić. Praca wymaga lojalności. Sumienie, jak wiele rzeczy w państwowej administracji, najlepiej zostawić w domu.
Tyle że dom szybko przestaje być bezpiecznym miejscem. Na ulicach trwają protesty pod hasłem „Kobieta, życie, wolność”, a dwie córki Imana oglądają brutalne represje w mediach społecznościowych. Telefon staje się oknem na rzeczywistość ukrywaną przez oficjalną telewizję. Mały ekran mówi prawdę, duży robi wszystko, by ją zagłuszyć.
Kiedy znika służbowy pistolet Imana, rodzinne mieszkanie zaczyna przypominać salę przesłuchań. Zaufanie ustępuje podejrzliwości, troska zamienia się w nadzór, a ojciec, który miał chronić bliskich przed światem, zaczyna używać wobec nich języka świata zewnętrznego. Nie potrzebuje munduru. Wystarczy mu przekonanie, że reprezentuje porządek, a pozostali powinni mu się podporządkować.
To najważniejsza myśl filmu: wielkie systemy przemocy nie utrzymują się wyłącznie dzięki ludziom stojącym na ich szczycie. Potrzebują także tysięcy małych kapitulacji, wygodnych kompromisów i zdań zaczynających się od „przecież muszę dbać o rodzinę”. Iman nie wygląda jak oprawca. Wygląda jak człowiek, który zaakceptował jeden warunek za dużo, a potem zaczął bronić własnych decyzji z gorliwością neofity.

Najbardziej przejmująca jest jego żona, Najmeh. Próbuje ocalić dom bez podważania fundamentów, które właśnie zaczynają go miażdżyć. Staje między władzą męża a buntem córek, jakby dało się powstrzymać powódź, pilnując, żeby nikt nie zamoczył dywanu.
Rasoulof długo prowadzi film jak duszny dramat rodzinny. Rozmowy przy stole, zamknięte drzwi i spojrzenia wymieniane nad telefonami nabierają ciężaru policyjnych raportów. Później Nasienie świętej figi zmienia się w thriller, bardziej dosłowny i nerwowy. Można uznać, że traci wtedy część subtelności. Można też zobaczyć w tym naturalny finał świata, w którym przemocy zbyt długo pozwalano ukrywać się za dobrymi manierami.
Film trwa niemal trzy godziny, ale jego powolność nie przypomina bezradnego przeciągania scen. To cierpliwe dokręcanie śruby. Kolejne granice przesuwają się, aż rodzina trafia do miejsca, które niedawno uznałaby za niewyobrażalne.
Warto obejrzeć Nasienie świętej figi nie dlatego, że jest „ważnym filmem o Iranie”. Takie określenie łatwo zamienia dzieło w obowiązkową lekcję. To przede wszystkim znakomita opowieść o rodzinie, w której miłość przegrywa z posłuszeństwem, a strach zaczyna podszywać się pod odpowiedzialność.
Najbardziej przerażające systemy nie zaczynają się bowiem od krzyku. Zaczynają się od prośby, żeby dla wspólnego dobra nikt nie zadawał zbyt wielu pytań.



