Branża słuchawek nausznych trochę przypomina dziś parking pod drogim hotelem. Z daleka wszystko wygląda inaczej, ale gdy podejdziemy bliżej, okazuje się, że większość producentów przyjechała podobnym SUV-em. Daisy chce się z tego szeregu wyrwać i trzeba przyznać, że model One przynajmniej wizualnie ma własny charakter.
To debiut kalifornijskiej firmy, w której pracują między innymi byli inżynierowie Harman Professional Solutions. Konstrukcja łączy aluminium z tworzywem TR90, a całość sprawia wrażenie sprzętu z odpowiednio wysokiej półki. One są nieco cięższe od części rywali, ale miękkie poduszki dobrze rozkładają nacisk i nie kłócą się przesadnie nawet z okularami. Na plus wypada też możliwość łatwego odczepienia nauszników mocowanych magnetycznie.
Najlepszym elementem całych słuchawek okazuje się jednak coś, czego wielu producentów usilnie próbuje się pozbyć: zwykłe, fizyczne sterowanie. Metalowe pokrętło głośności pracuje precyzyjnie, a jego wciśnięcie steruje odtwarzaniem. Są kliknięcia, jest wyczuwalny opór i nie ma sytuacji, w której poprawienie słuchawek uruchamia asystenta głosowego albo pauzuje muzykę. Po latach głaskania obudów w poszukiwaniu niewidzialnych paneli dotykowych brzmi to niemal jak technologia przyszłości.
Ciekawostką jest także Still Mode, uruchamiany dłuższym przytrzymaniem przycisku ANC. Zamiast muzyki dostajemy nagrane w Kalifornii odgłosy deszczu, strumienia, wodospadu czy oceanu oraz krótką sesję oddechową. Trochę aplikacja mindfulness zamknięta w słuchawkach, ale przynajmniej nie trzeba w tym celu ponownie patrzeć w ekran telefonu.
Bateria wystarcza według producenta na 45 godzin, a do dyspozycji są zarówno minijack 3,5 mm, jak i cyfrowy dźwięk przez USB-C w jakości do 24 bitów przy 48 kHz. Daisy zapowiada również obsługę LDAC w jednej z przyszłych aktualizacji. I właśnie w tym miejscu lista zalet zaczyna się kończyć, ponieważ podstawowa funkcja słuchawek niestety nie dorównuje ich projektowi.
Domyślny profil z dynamicznym basem daje przyjemniejszy, bardziej efektowny dźwięk, ale potrafi zabrzmieć mętnie. Po przełączeniu korektora na ustawienie neutralne wychodzą większe problemy: dźwięk robi się pustawy, góra zbyt metaliczna, a niski zakres traci energię. To nie jest katastrofa, tylko poziom, którego trudno bronić przy cenie ponad 1 600 PLN.
Jeszcze gorzej wypada aktywna redukcja hałasu. Wiatr i hałas metra potrafią powodować nieprzyjemne artefakty zamiast spokojnego wyciszenia otoczenia, a tryb transparentny przepuszcza go za mało i dodatkowo odbija się na jakości dźwięku. Producent zapowiada poprawki programowe, ale kupowanie elektroniki z obietnicą, że kiedyś stanie się lepsza, zawsze przypomina płacenie za bilet na film, który ma zostać nakręcony dopiero po premierze.
Szkoda, bo Daisy One są jednym z tych debiutów, przy których widać, że ktoś naprawdę pomyślał o tym, jak produktu się dotyka, używa i nosi. Tyle że w słuchawkach nawet najładniejsze aluminium i najlepsze pokrętło pozostają oprawą dla dźwięku. A tutaj gwiazda wieczoru jeszcze nie dojechała.
Specyfikacja
- CENA 1 629 PLN
- KONSTRUKCJA wokółuszne, bezprzewodowe
- MATERIAŁY aluminium + TR90
Werdykt
NASZYM ZDANIEM
Daisy One są jak piękny gramofon z przeciętną wkładką – chce się go mieć na widoku, tylko trochę mniej chce się na nim słuchać muzyki.
Plusy
Świetne fizyczne sterowanie. Bardzo dobre wykonanie i atrakcyjny projekt. Wysoki komfort noszenia. 45 godzin pracy na baterii. USB-C audio i minijack 3,5 mm. Brak irytujących paneli dotykowych.
Minusy
Przeciętna jakość dźwięku. Słabe ANC. Jeszcze słabszy tryb transparentny. Cena stawia je obok znacznie dojrzalszej konkurencji. LDAC dopiero zapowiedziany.



