Niektóre gry pamiętamy lepiej, niż naprawdę wyglądały. Wspomnienie wygładza tekstury, zwiększa płynność i sprawia, że kontroler z kablem wydaje się symbolem prostszego życia, a nie przedmiotem, o który ktoś regularnie potykał się w salonie. Pierwsze Halo było właśnie takie. W pamięci ogromne, filmowe i futurystyczne. Po latach okazywało się, że futurystyczna była przede wszystkim wyobraźnia gracza.
Halo: Campaign Evolved próbuje odtworzyć właśnie to wspomnienie. Halo Studios zbudowało kampanię od podstaw na Unreal Engine 5, dodało nowe sceny, rozszerzyło arsenał, wprowadziło współczesne mechaniki oraz trzy dodatkowe misje. Jednocześnie zachowało strukturę oryginału na tyle wiernie, że nadal można rozpoznać niemal każdy zakręt i miejsce, w którym kiedyś przyklejono nam do pancerza granat.
To remake rozdarty między dwiema epokami. Z jednej strony porusza się lekko, strzela precyzyjnie i wygląda jak gra dla kogoś nieznającego Master Chiefa. Z drugiej wciąż nosi projektowe DNA czasów, kiedy powtórzenie tego samego pomieszczenia kilka razy uchodziło za rozsądny sposób budowania poziomu.
Pierwsze wrażenie jest jednak znakomite. Lądowanie na pierścieniu Halo przypomina, że gry nie zawsze potrzebują pół godziny ekspozycji, systemu reputacji i bohatera prowadzącego podcast w trakcie spaceru. Wystarczy rozbity statek, karabin, otwarta dolina i niebo zakrzywiające się wysoko nad głową. Unreal Engine 5 nie zmienia tej sceny w demonstrację technologiczną, lecz przywraca jej skalę dopowiadaną przez pamięć.
Otwarte przestrzenie są gęstsze od roślinności, światło buduje atmosferę, a konstrukcje Przymierza wyglądają jak dzieło obcej cywilizacji. Najważniejsze, że twórcy zachowali kierunek artystyczny oryginału. Anniversary z 2011 roku często myliło większą liczbę detali z lepszym obrazem, rozjaśniając sceny i zmieniając ich charakter. Tutaj chłodne wnętrza i przytłumione światło znów pracują na klimat.
Nie wszystko wypada równie dobrze. Część modeli postaci wygląda zwyczajnie, a ciemne wnętrza przeładowane odbiciami czasem utrudniają dostrzeżenie leżącej broni. Znaczniki ekwipunku pełnią więc rolę drogowskazów w kosztownie odrestaurowanym labiryncie.
Największe zmiany czuć jednak nie w oczach, lecz w dłoniach. Master Chief może sprintować, przejmować pojazdy, upuszczać broń i korzystać z przybliżenia przy każdej giwerze. Overshield i kamuflaż trafiają do osobnego slotu, a arsenał uzupełniono o broń z późniejszych części serii.
Większość tych zmian działa znakomicie. Przejmowanie Ghosta wydaje się tak naturalne, że trudno uwierzyć, iż nie było go w oryginale. Sprint pozwala szybciej pokonywać długie przejścia, co można uznać za mechanikę albo akt humanitaryzmu wobec osób pamiętających Bibliotekę. Strzelanie jest responsywne, a walka nadal zachowuje swój rytm.




To pozostaje największą siłą Halo. Jeden granat uruchamia kolejny, pojazd przewraca się w najmniej odpowiedniej chwili, Elite uskakuje za osłonę, Grunt wpada w panikę, a starannie przygotowany plan po kilku sekundach przypomina eksperyment fizyczny. Remake nie porządkuje tego chaosu. Nowe zachowania przeciwników sprawiają, że widowisko bywa jeszcze lepsze.
Modernizacja ma jednak swoją cenę. Sprint zmniejsza odczuwalną skalę lokacji, bo przestrzenie, które dawniej wydawały się monumentalnymi polami bitwy, można dziś szybko przebiec. Regeneracja zdrowia i większa mobilność łagodzą poziom trudności, a możliwość przechowywania dodatkowej osłony zmienia rytm starć projektowanych wokół natychmiastowego używania bonusów.
Halo: Campaign Evolved próbuje odtworzyć nie tylko grę z 2001 roku, ale również nasze wspomnienie o niej
Nie są to złe zmiany. Sprawiają po prostu, że nie jest to dokładnie ta sama gra. Campaign Evolved filtruje oryginał przez ćwierć wieku rozwoju strzelanek. Czasami daje to doskonałe rezultaty, a czasami nowe możliwości ruchu i stare mapy zachowują się jak dwie osoby tańczące do różnych wersji tej samej piosenki.
Najmocniej widać to w zamkniętych poziomach. Twórcy poprawili orientację i miejscami wygładzili tempo, ale nie przebudowali słynnych ciągów sal, mostów oraz korytarzy. Assault on the Control Room nadal trwa o kilka pomieszczeń za długo. Biblioteka jest czytelniejsza, lecz wciąż pozostaje Biblioteką. Można pomalować urząd i postawić wygodniejsze krzesła, ale kolejka nadal kończy się przy tym samym okienku.




Nie pomagają też checkpointy pamiętające czasy, gdy cierpliwości graczy nie rozmontowały jeszcze powiadomienia i aplikacje. Nagła śmierć od Elity z mieczem albo granatu plazmowego bawi za pierwszym razem. Gdy trzeba przez nią powtarzać kilka starć, humor szybko robi się bardziej wojskowy.
Najlepszym dowodem na to, jak mogłoby wyglądać współczesne Halo, są trzy nowe misje Operation: Meteorite. Prolog pokazuje Master Chiefa i sierżanta Johnsona podczas infiltracji okrętu Przymierza. Pojawiają się Brute’y, broń z późniejszych części, bardziej zwarte areny, większa wertykalność, a nawet bitwa kosmiczna.
Nowe etapy są dobrze wkomponowane w kampanię i pokazują, że Halo Studios potrafi projektować ciekawsze przestrzenie niż ciąg lustrzanych korytarzy. Fabularnie pozostają jednak zachowawcze. Rozszerzają tło konfliktu, ale nie odkrywają wielu nowych tajemnic. To dobrze wykonany przypis, nie nowy rozdział sagi.
Wartością dodaną jest Campaign Remix. Łącznie 42 czaszki zmieniają skład przeciwników, rozmieszczenie uzbrojenia i warunki rozgrywki. Spotkanie Brute’ów i Flood w miejscu zajmowanym wcześniej przez Przymierze brzmi jak błąd w dokumentacji, lecz idealnie pasuje do ducha serii.
Kooperacja pozostaje jednym z najważniejszych atutów. Lokalnie można grać we dwie osoby na podzielonym ekranie, a online do kampanii dołącza maksymalnie czterech graczy. Jest cross-play i wspólny postęp między platformami. Halo zawsze było najlepsze wtedy, gdy operacja wojskowa po kilku minutach zamieniała się w kłótnię o to, kto wysadził Warthoga.
Trudniej zaakceptować brak rywalizacyjnego multiplayera. Dla wielu osób sieciowe starcia są częścią tożsamości serii równie ważną jak Cortana i chóralny motyw muzyczny.
Najważniejsze jednak, że Halo: Campaign Evolved nie zachowuje się jak muzealny eksponat. Nie prosi, by podziwiać jego znaczenie historyczne i wybaczać wszystko, co zdążyło się zestarzeć. Pozwala ponownie zrozumieć, dlaczego ta kampania działała tak dobrze. Nie wszystkie stare problemy udało się usunąć, a część nowych mechanik zmienia tempo bardziej, niż chcieliby przyznać twórcy. Mimo to po napisach naturalnym odruchem nie jest odinstalowanie kolejnego remake’u, lecz napisanie do znajomych z pytaniem, kiedy gramy w kooperacji.
To chyba najlepszy komplement, jaki można wystawić serii pamiętającej czasy kineskopów.
Werdykt
NASZYM ZDANIEM
Master Chief wraca w tak dobrej formie, że można mu wybaczyć nawet to, że znów prowadzi nas przez ten sam korytarz.
Plusy
Świetnie zachowany charakter oryginału. Satysfakcjonująca walka. Znakomita oprawa. Udane nowe misje. Rozbudowana kooperacja.
Minusy
Powtarzalny level design. Nowe mechaniki zmieniające tempo oryginału. Chwilami słaba czytelność wnętrz.



