Samochodowe prezentacje prasowe mają własną dramaturgię. Najpierw człowiek słucha o zwiększonej sztywności nadwozia i nowych algorytmach sterujących napędem, później dostaje kluczyk i próbuje ustalić, czy czuje owe dziesięć procent, czy po prostu w ekspresie kliknął podwójne espresso zamiast pojedynczego. Tym razem Toyota przygotowała coś bardziej przekonującego niż zwyczajową przejażdżkę po malowniczej okolicy. Nową RAV4 mogłem sprawdzić na torze, stromych wzniesieniach oraz podczas próby na czas, a przede wszystkim przesiadać się bezpośrednio do poprzedniej generacji.
To ostatnie jest dla producenta ryzykowne. Stary i nowy model na tej samej trasie natychmiast pokazują, co faktycznie się zmieniło, a co jedynie otrzymało nową nazwę. W przypadku RAV4 stawka jest wysoka. Model sprzedał się dotąd w ponad 15 milionach egzemplarzy. Szósta generacja musi więc uważać, by nie zirytować ludzi, którzy dokładnie wiedzą, czego od niej oczekują.
Bez burzenia domu
Pierwsze spotkanie z nowym modelem przynosi uspokojenie. Toyota nie urządziła stylistycznego przewrotu pałacowego. Sylwetka pozostała pudełkowata, nadkola wyraźne, a całość nadal wygląda tak, jakby samochód był gotowy przewieźć rodzinę, psa i zawartość sklepu ogrodniczego, nie pytając, które z nich pobrudzi tapicerkę.
Zmienił się głównie przód, bardziej geometryczny i bliższy najnowszym modelom marki. RAV4 nadal nie jest autem, które po zaparkowaniu każe właścicielowi odwrócić się jeszcze raz, ale nigdy nie na tym polegała jego popularność. Ma wyglądać wystarczająco nowocześnie przez kilka lat, a nie efektownie przez jeden sezon na Instagramie.
Wymiary praktycznie się nie zmieniły. Nadal mamy 4,6 m długości, 1,855 m szerokości i rozstaw osi wynoszący 2,69 m. Inżynierowie skupili się na lepszym wykorzystaniu tego samego obrysu, łatwiejszym załadunku i poprawie widoczności. To dziś podejście niemal kontrkulturowe. Nowa generacja samochodu zwykle rośnie, jakby każda kolejna musiała połknąć poprzednią. RAV4 pozostała na swoim miejscu.
Najważniejsze zmiany widać dopiero po ruszeniu. Poprzednia generacja nie prowadzi się źle, dlatego bezpośrednie porównanie jest ciekawe. Stary model wykonuje wszystkie polecenia, ale robi to z odrobiną charakterystycznego dla dużego SUV-a namysłu. Nadwozie mocniej zaznacza zmianę kierunku, hamowanie wyraźniej przenosi ciężar do przodu, a szybka kombinacja zakrętów przypomina, że siedzimy wysoko i wieziemy ze sobą sporo samochodu.




Nowa RAV4 nadal nie próbuje udawać hot hatcha po intensywnym kursie rozwoju osobistego. Jest jednak spokojniejsza i bardziej zwarta. Reakcje kierownicy, zawieszenia i napędu tworzą jedną całość, zamiast dochodzić do porozumienia w trakcie zakrętu. Auto mniej się przechyla i wcześniej stabilizuje po manewrze. Kierowca nie dostaje większej dawki adrenaliny, lecz coś cenniejszego – mniejszą liczbę powodów do korekty.
Sztywność nadwozia wzrosła o 10 procent, zmieniono charakterystykę amortyzatorów, a elektronicznie sterowane hamulce mają reagować bardziej naturalnie. Systemy subtelnie przyhamowują też poszczególne koła i regulują siłę napędu, aby ograniczać nurkowanie oraz przechyły. Na slajdzie brzmi to jak zebranie działów, które nie potrafiły wymyślić krótszej nazwy. Za kierownicą wniosek jest prosty – samochód szybciej wykonuje polecenie i szybciej wraca do równowagi.
Mniej koni, mniej teatru
Próba na czas wywołuje w człowieku zachowania, których kilka minut wcześniej nie podejrzewał. Nagle rodzinny SUV staje się narzędziem do urwania kilku dziesiątych sekundy, a pachołek na końcu prostej nabiera znaczenia zakrętu Eau Rouge. RAV4 nie zmienia się w auto sportowe, ale pozwala prowadzić się szybko bez poczucia, że każda kolejna próba jest głosowaniem nad prawami fizyki.
Nowa Toyota RAV4 nie próbuje opowiadać swojej historii od początku. Na torze, stromych podjazdach i odcinku mierzonym stoperem przekonywała raczej, że czasem większą sztuką od rewolucji jest porządna redakcja tego, co już działało
Ciekawy jest paradoks dotyczący napędu. Klasyczna hybryda ma teraz 185 KM z napędem na przód lub 194 KM w wersji AWD-i, czyli na papierze mniej niż poprzednik. Mimo to przyspieszenie do 100 km/h skróciło się odpowiednio do 8 i 7,7 sekundy. Toyota zmieniła sposób wykorzystywania silnika elektrycznego i energii z akumulatora, ograniczając nadmierny wzrost obrotów jednostki benzynowej. Reakcja na gaz jest bardziej liniowa, a dźwięk silnika rzadziej sprawia wrażenie, że wyprzedził samochód o kilkadziesiąt metrów.




Podjazdy i zjazdy przypominały z kolei, skąd RAV4 wzięła swoją reputację, zanim każdy samochód z czarną nakładką na błotniku zaczął być nazywany crossoverem. W odmianach AWD po raz pierwszy pojawia się asystent zjazdu ze stromych wzniesień, samodzielnie zarządzający hamulcami przy małej prędkości. Kierowcy pozostaje kierownica oraz walka z odruchem, by mimo wszystko wciskać pedał hamulca.
Nie zrobi to z RAV4 Land Cruisera. Pokazuje jednak, że napęd na cztery koła nie został sprowadzony wyłącznie do pozycji w konfiguratorze. W życiu częściej przyda się na zaśnieżonym podjeździe, mokrej trawie albo stromym zjeździe do garażu niż podczas ekspedycji przez interior.
To, co zostaje po powrocie
W kabinie pojawiły się cyfrowe zegary 12,3 cala, 12,9-calowy ekran, rozbudowany pakiet Toyota Safety Sense i kamery 360 stopni. RAV4 nie próbuje jednak zamienić prowadzenia w obsługę aplikacji. Podczas prób najwięcej mówiło się nie o menu i ikonach, ale o zachowaniu nadwozia, hamulca i napędu. Technologia pozostaje zapleczem, a nie konferansjerem całego przedstawienia.


Po prezentacji w pamięci nie zostaje konkretny zakręt ani wynik przejazdu. Zostaje porównanie dwóch niemal identycznych z pozoru samochodów, z których nowszy robi te same rzeczy z mniejszym wysiłkiem. Poprzednia RAV4 nie zaczęła nagle wydawać się przestarzała. Nowa pokazała jedynie, ile drobnych napięć, opóźnień i ruchów nadwozia wcześniej uznawaliśmy za naturalne.
To bardziej odrestaurowane wydanie znanego filmu niż jego remake. Obraz jest czystszy, dźwięk lepiej uporządkowany, kilka scen zmontowano z większym wyczuciem, ale bohater pozostał ten sam. RAV4 nadal nie sprzedaje emocji w ich najbardziej widowiskowej formie. Sprzedaje spokój. Przekonanie, że poradzi sobie z drogą do pracy, wakacyjnym wyjazdem, śniegiem, psem, dziećmi i spontanicznym zakupem mebla, którego wymiarów nikt wcześniej nie sprawdził.
Nowa generacja nie zmienia tej obietnicy. Po prostu składa ją pewniejszym głosem.



