Ameryka w Eddington nie rozpada się z hukiem. Ona raczej funkcjonuje dalej, tylko na zwarciu. Sklepy są otwarte, policja patroluje ulice, burmistrz przemawia, szeryf nosi odznakę, a mieszkańcy wciąż udają, że tworzą wspólnotę. Problem w tym, że nikt już nikomu nie ufa.
Ari Aster bierze fikcyjne miasteczko w Nowym Meksyku i zamienia je w model współczesnej Ameryki: pandemię, maseczki, Black Lives Matter, trumpizm, teorie spiskowe, internetową moralność i lokalną politykę, która bardzo szybko przestaje być lokalna. Konflikt między szeryfem Joe Crossem, granym przez Joaquina Phoenixa, a burmistrzem Tedem Garcią, któremu Pedro Pascal daje twarz rozsądnego człowieka z bardzo wygodnym dostępem do władzy, zaczyna się od codziennych napięć. Potem rośnie, puchnie i w końcu staje się czymś znacznie bardziej niepokojącym.
Najciekawsze w Eddington jest to, że Aster nie rozdaje łatwych legitymacji moralnych. Nie mówi widzowi: „śmiej się z tamtych, bo ty jesteś po właściwej stronie”. Antymaseczkowcy, progresywni aktywiści, lokalni politycy, internetowi prorocy i ludzie karmiący się własnym poczuciem krzywdy – wszyscy są tu częścią tej samej awarii. Film pokazuje politykę jako teatr osobistych lęków, urazów i potrzeb uznania. Każdy chce być widziany. Każdy chce mieć rację. Każdy ma w kieszeni telefon, który tę rację natychmiast podbija do rangi światopoglądu.
To dlatego Eddington jest horrorem, nawet kiedy bywa czarną komedią. Groza nie polega tu na tym, że ktoś może nagle wyciągnąć broń. Bardziej przeraża to, że przemoc wydaje się logicznym przedłużeniem języka, którym ludzie już mówią. Jeśli każdy spór jest wojną dobra ze złem, jeśli każdy sąsiad może stać się wrogiem, a każdy gest dowodem zdrady, to pistolet nie pojawia się znikąd. On tylko kończy zdanie.

Film Astera bywa przeładowany i nie zawsze panuje nad wszystkim, co próbuje powiedzieć. Emma Stone i Austin Butler momentami wyglądają bardziej jak elementy większej diagnozy niż pełnoprawne postacie. Całość ma w sobie nerwowość dzieła, które chce objąć całą epokę i czasem dźwiga więcej, niż powinno. Ale może właśnie dlatego Eddington jest tak ciekawe. Bo świat, o którym opowiada, też nie ma już dobrego montażu. Ma powiadomienia, podejrzenia, cudze traumy przerobione na argumenty i wspólnotę, która istnieje głównie wtedy, gdy może kogoś wykluczyć.
Najzimniejszy obraz filmu nie należy jednak do ludzi, tylko do technologii: centrum danych, które świeci i buczy gdzieś w tle całego chaosu. Mieszkańcy Eddington krzyczą, kłócą się, walczą o własne wersje prawdy, a prawdziwa władza po prostu przetwarza hałas. Nie musi mieć racji. Wystarczy, że jest.
Eddington nie jest filmem definitywnym o naszych czasach, bo takie filmy zwykle starzeją się szybciej niż memy, które próbują komentować. Jest za duży, za ciężki, chwilami zbyt pewny własnej diagnozy. Ale ma w sobie coś celnego: poczucie, że pandemia nie stworzyła nowego świata, tylko zdarła lakier ze starego. Pod spodem były już gniew, samotność, klasowe pęknięcia, rasowe napięcia i fantazja, że gdzieś istnieje prosta odpowiedź.
Aster patrzy na ten świat bez wielkiej nadziei, ale też bez pustej kpiny. Ludzie w Eddington są śmieszni, okrutni, zagubieni, żałośni i czasem przez chwilę dobrzy. To wystarczy, żeby film nie był tylko satyrą. Jest raczej zapisem miasta, które jeszcze stoi, choć wszyscy słyszą już, że coś w środku iskrzy.



