Polar długo trzymał się swojego świata – funkcjonalnego, trochę zamkniętego, bardzo „treningowego”. Street X jest próbą wyjścia z tej strefy komfortu. To zegarek, który ma nie tylko mierzyć, ale też wyglądać. I robi to od razu, bez subtelności. Duża koperta, gruby plastik, fizyczne przyciski, które czuć pod palcem. Coś w stylu Casio G-Shock, zarazem w bardziej „miejskim survivalu” niż faktycznej ekspedycji.
Na nadgarstku to nie jest mały zegarek, ale nie próbuje też udawać, że taki jest. 45 mm średnicy i 48 gramów robią wizualne wrażenie, choć zaskakująco szybko przestaje się go czuć. Można z nim spać, trenować, chodzić cały dzień i nie ma momentu, w którym zaczyna przeszkadzać. To akurat Polary potrafią od lat.
Najbardziej charakterystyczny element? Latarka. Wbudowana, odpalana przyciskiem, z kilkoma poziomami jasności i trybem czerwonym. Brzmi jak ciekawostka, dopóki nie złapiesz się na tym, że używasz jej częściej niż niektórych „poważnych” funkcji zegarka.
I tu zaczyna się moment, w którym Street X przestaje być tylko „ładnym sprzętem”, a zaczyna być zegarkiem sportowym. Czyli miejscem, gdzie powinien się obronić.
Rejestruje treningi – bieganie, rower, siłownia – wszystko się zapisuje, wszystko można potem przejrzeć. Ponad 170 trybów sportowych brzmi imponująco, ale jak zwykle w takich liczbach chodzi bardziej o elastyczność niż realną różnorodność. Kluczowe jest to, jak te dane są podane. A tu robi się mniej ciekawie.
Interfejs wygląda, jakby zatrzymał się kilka lat temu. Działa, ale bez lekkości. Czasem potrafi się zawahać, szczególnie przy wyborze treningu. To nie jest dramat, ale w 2026 roku trudno tego nie zauważyć.
Aplikacja Polar Flow jest w podobnym miejscu. Dostajesz wszystko, czego potrzebujesz – obciążenie treningowe, regenerację, sugestie ćwiczeń – tylko że nie do końca chce się to analizować. Brakuje tej przejrzystości i satysfakcji z „czytania własnego treningu”, którą dziś daje konkurencja.
Jeszcze ważniejsza jest dokładność. GPS działa poprawnie, ale bez dual-bandu – i to czuć. Na prostych trasach różnice są kosmetyczne, ale w bardziej wymagających warunkach potrafią się pojawić odchyły w tempie i dystansie. Dla kogoś, kto biega rekreacyjnie, to nie będzie problem. Dla kogoś, kto pilnuje tempa co do sekundy – już tak.
Na tym tle bateria wypada bardzo dobrze. Do 10 dni działania i realne 4-5 dni przy intensywnym użytkowaniu z aktywnym ekranem AMOLED to wynik, który daje spokój. Nie myślisz o ładowarce co dwa dni i to jest realna wartość, nie marketingowy zapis.
Podobnie z trackingiem snu. Kiedy działa, potrafi być naprawdę ciekawy – pokazuje jakość snu, regenerację, poziomy energii w ciągu dnia. Problem w tym, że nie zawsze działa idealnie. Zdarza się, że „ucina” część nocy, co burzy sens analizy.
Smart funkcje są tu raczej dodatkiem niż realną częścią doświadczenia. Powiadomienia, sterowanie muzyką, pogoda. Bez płatności, bez pamięci na utwory, bez aplikacji. Nawigacja też jest minimalistyczna – ślad, kierunek, powrót do punktu startu. Działa, ale nie próbuje imponować.
I może właśnie to jest najuczciwsze podsumowanie tego zegarka. On nie próbuje urzekać. Tylko że w tej półce cenowej to już trochę za mało. Street X nie jest złym zegarkiem. Jedynie trochę spóźnionym.
Specyfikacja
- CENA 1 049 PLN
- WYŚWIETLACZ AMOLED 1,28” 416 x 416 px
- WODOSZCZELNOŚĆ WR50
- WYMIARY 45 x 45 x 13,8 mm
Werdykt
NASZYM ZDANIEM
Sprzęt, który wygląda jak początek przygody, ale kończy się na rozgrzewce.
Plusy
Wbudowana latarka, która faktycznie się przydaje. Solidna, odporna konstrukcja. Dobry czas pracy na baterii. Rozsądna cena.
Minusy
Przeciętna dokładność GPS. Przestarzały, momentami wolny interfejs. Ograniczone funkcje smart. Brak map offline.



