05/
Czarnobyl
Ten o cenie kłamstwa
Chernobyl nie jest serialem o katastrofie nuklearnej. Katastrofa wydarza się bardzo szybko. Huk, błysk, cisza. Reszta to już tylko konsekwencje. Ten serial jest o czymś znacznie bardziej przerażającym: o systemowym kłamstwie, które stało się codziennością tak głęboką, że nikt nie potrafi już odróżnić prawdy od procedury.
Chernobyl zaczyna się od końca. Od świadomości, że tej historii nie da się naprawić, cofnąć, zneutralizować. Można ją tylko opowiedzieć. I to opowiadanie jest aktem odwagi, bo wszystko w tym świecie działa przeciwko mówieniu prawdy. Prawda jest niewygodna, kosztowna, destabilizująca. Prawda burzy hierarchie. Dlatego system woli udawać, że jej nie ma.
Najbardziej wstrząsające w Chernobylu jest to, jak normalne jest zaprzeczanie. Jak naturalnie przychodzi ludziom powtarzanie formułek, nawet wtedy, gdy promieniowanie pali im skórę. Nikt nie mówi: „nie wiem”. Wszyscy mówią: „to niemożliwe”. Reaktor nie mógł wybuchnąć. Grafit nie może leżeć na ziemi. Dawki są bezpieczne. System nauczył ich jednego – jeśli rzeczywistość nie pasuje do raportu, tym gorzej dla rzeczywistości.

Serial tłumaczy. Z chirurgiczną precyzją pokazuje, jak katastrofa techniczna staje się katastrofą moralną. Jak decyzje podejmowane „dla świętego spokoju”, „żeby nie było paniki”, „żeby nie eskalować” układają się w łańcuch śmierci. Nikt nie chce być tym, który powie prawdę jako pierwszy. Bo pierwszy zawsze płaci najwyższą cenę.
Chernobyl jest też opowieścią o bohaterstwie pozbawionym patosu. O ludziach, którzy robią swoje, wiedząc, że umrą. Bez przemówień. Bez fanfar. Strażacy, górnicy, naukowcy – nie dlatego, że są odważniejsi od innych, tylko dlatego, że ktoś musiał. Serial pokazuje bohaterstwo jako funkcję odpowiedzialności, nie charakteru. Jako decyzję podjętą w sytuacji bez dobrych opcji.
Ale najważniejsze pytanie Chernobyla nie dotyczy energii atomowej. Dotyczy prawdy. Serial mówi brutalnie jasno: każde kłamstwo ma swoją cenę. Możesz ją odroczyć, rozłożyć na raty, przerzucić na innych – ale ona zawsze wraca. I im dłużej ją ignorujesz, tym większy rachunek przyjdzie zapłacić. Tu nie ma metafory. Tu jest fizyka.

Ten serial boli szczególnie dziś, bo jego mechanizmy są uniwersalne. Niezależne od epoki, ustroju, flagi. Chernobyl pokazuje, jak łatwo system zaczyna chronić sam siebie zamiast ludzi. Jak język procedur staje się tarczą przed odpowiedzialnością. Jak strach przed przyznaniem się do błędu okazuje się groźniejszy niż sam błąd.
Finał przynosi zdanie, które zostaje w głowie na długo: „Jaka jest cena kłamstw?”. Odpowiedź nie pada wprost, bo każdy już ją zna. Cena to życie. Zdrowie. Zaufanie. Sens. Wszystko to, czego nie da się już odbudować, nawet jeśli później ktoś napisze raport zgodny z prawdą.
Chernobyl to serial o świecie, w którym prawda jest aktem odwagi, a milczenie – formą przemocy. O tym, że katastrofy rzadko zaczynają się od eksplozji. Zaczynają się znacznie wcześniej.
Data emisji 2019 / Liczba odcinków 5 / Gdzie obejrzeć HBO MAX / Jak obejrzeć w całości
04/
Planeta Ziemia
Ten o świecie, który istniał, zanim zaczęliśmy patrzeć
Planet Earth nie jest serialem przyrodniczym. To brzmi jak bluźnierstwo, ale właśnie na tym polega jego siła. Przyroda jest tu oczywiście bohaterką – spektakularną, obojętną, piękną ponad miarę – lecz prawdziwym tematem jest człowiek. A dokładniej jego nieobecność. I to, jak rzadko potrafimy ją zaakceptować.
Planet Earth działa jak cofnięcie kamery do granic sensu. Nagle okazuje się, że świat nie potrzebuje narracji, konfliktu ani bohatera, by istnieć w pełni. Góry nie muszą niczego symbolizować. Oceany nie czekają na odkrycie. Zwierzęta nie „grają ról”. One po prostu są. I w tej bezwstydnej samowystarczalności natury kryje się coś, co rusza bardziej niż jakikolwiek dramat.

To serial, który uczy pokory nie przez moralizowanie, ale przez skalę. Pokazuje ci krajobrazy tak ogromne, że twoje problemy nagle kurczą się do rozmiaru hałasu w głowie. Jednocześnie pokazuje mikroświaty tak precyzyjne, tak kruche, że zaczynasz rozumieć, jak niewiele potrzeba, by wszystko się rozsypało. Planet Earth nie mówi: „dbaj o planetę”. On mówi: „zobacz, co już prawie straciliśmy”.
Najbardziej poruszające jest to, jak ten serial opowiada o czasie. O cyklach, które trwają tysiące lat. O rytmach, które nie przyspieszają tylko dlatego, że my się spieszymy. Tu nie ma pośpiechu. Jest cierpliwość. Migracje, które odbywają się od zawsze. Polowania, które są brutalne, ale konieczne. Życie i śmierć splecione w jedną, obojętną całość. Bez dramatu. Bez sentymentu.
I właśnie ta obojętność natury jest najbardziej niewygodna. Bo odbiera nam centralne miejsce w opowieści. Planet Earth przypomina, że nie jesteśmy bohaterami tego świata. Jesteśmy jednym z elementów. Przypadkowym. Zastępowalnym. To my potrzebujemy planety – planeta nie potrzebuje nas. I w tej asymetrii kryje się prawda, z którą trudno się pogodzić.
Ten serial działa jak medytacja i ostrzeżenie jednocześnie. Zachwyca do granic estetycznego przeciążenia, a potem zostawia cię z myślą, że wiele z tych obrazów już nigdy nie będzie wyglądać tak samo. Że oglądasz coś, co jest jednocześnie dokumentem i archiwum. Pięknym zapisem świata, który powoli znika, często bez świadków.

Planet Earth nie straszy katastrofą wprost. Nie potrzebuje tego. Wystarczy zestawić majestat lodowców z ich kruchością. Dżungle z ich wycinaniem. Rafy koralowe z ich blaknięciem. Serial ufa inteligencji widza – wierzy, że jeśli pokaże wystarczająco dużo piękna, to reszta dopowie się sama. I to zaufanie jest dziś rzadkie.
Po seansie Planet Earth zostaje w człowieku dziwne uczucie: jednocześnie spokój i niepokój. Spokój, bo świat jest większy niż my. Niepokój, bo to my mamy realny wpływ na jego przyszłość. To nie jest serial, który zmienia poglądy jednym odcinkiem. To serial, który cicho przestawia wewnętrzny kompas.
Bo może najważniejsze, co Planet Earth mówi między obrazami, brzmi tak: zanim zaczniemy „ratować” planetę, musimy nauczyć się na nią patrzeć. Nie jak na zasób. Nie jak na tło. Tylko jak na coś, co istniało długo przed nami – i co być może kiedyś będzie istniało bez nas.
Data emisji 2006, 2016 / Liczba odcinków 11+6 / Gdzie obejrzeć niedostępny obecnie w serwisach VOD / Jak obejrzeć w całości, przede wszystkim pierwsze dwie „części” z lat 2006 i 2016
03/
Dark
Ten o czasie, który nie leczy, tylko zapętla
Dark zaczyna się jak kryminał z elementami science fiction. Zaginione dziecko, małe miasteczko, las, elektrownia atomowa, tajemnice, które wszyscy znają, ale nikt nie chce ich nazwać. Bardzo szybko jednak staje się jasne, że to tylko przynęta. Bo Dark nie jest serialem o zagadce. Jest serialem o niemożności ucieczki – od przeszłości, od rodziny, od samego siebie.
To jedna z najbardziej bezlitosnych opowieści o czasie, jakie powstały w telewizji. Nie dlatego, że bawi się paradoksami. Ale dlatego, że odbiera nam ostatnie złudzenie: że czas działa na naszą korzyść. W Dark czas nie naprawia. Czas utrwala. Każda próba zmiany przeszłości tylko wzmacnia jej strukturę. Każdy akt buntu okazuje się elementem planu, którego nikt nie pamięta, ale wszyscy realizują.

Winden jest miasteczkiem, które wygląda jak każde inne. I właśnie to jest w nim najbardziej przerażające. Tu nie ma wielkiego zła ani apokaliptycznych krajobrazów. Jest codzienność. Rodziny. Sekrety przekazywane jak dziedziczne choroby. Dark mówi bardzo jasno: trauma nie potrzebuje katastrofy, żeby trwać. Wystarczy milczenie. Wystarczy powtarzalność.
Relacje rodzic-dziecko są w tym serialu kluczowe, ale pozbawione sentymentalizmu. Miłość nie chroni przed krzywdą. Intencje nie mają znaczenia wobec skutków. Rodzice ranią dzieci, dzieci stają się rodzicami, role się mieszają, a odpowiedzialność rozmywa się w czasie. Dark nie pozwala nikomu być niewinnym. Bo jeśli wszystko jest powiązane, to każdy gest ma swoje echo – nawet jeśli dotrze do nas dopiero za trzydzieści lat.
Jonas nie jest „wybrańcem”. Jest ofiarą wiedzy. Im więcej rozumie, tym mniej może zrobić. To jedna z najbardziej gorzkich prawd tego serialu: świadomość nie daje wolności. Daje ciężar. Dark demaskuje mit kontroli, który tak bardzo lubimy w narracjach o podróżach w czasie. Tu nie ma bohaterów ratujących świat. Są ludzie, którzy próbują ograniczyć straty – i ponoszą porażkę w bardziej wyrafinowany sposób.

Ten serial jest też głęboko pesymistyczny wobec idei sensu. Jeśli wszystko wydarzyło się już wcześniej i wydarzy się znowu, to czym właściwie jest wybór? Dark nie odpowiada na to pytanie wprost. Zamiast tego pokazuje, jak bardzo pragniemy wierzyć, że choć jeden gest był naprawdę nasz. Że choć jedno „nie” mogło coś zmienić.
A jednak – i to jest najciekawsze – Dark nie kończy się totalnym nihilizmem. Jego finał nie oferuje szczęścia, ale oferuje wyciszenie. Możliwość przerwania cyklu nie poprzez naprawę świata, ale poprzez rezygnację z jego kontroli. To bardzo dojrzała, bolesna myśl: że czasem jedynym wyjściem z pętli nie jest walka, tylko odejście. Zgoda na to, że coś nie musi trwać wiecznie, nawet jeśli było „przeznaczone”.
Dark zostaje w głowie jak echo po źle zadanym pytaniu. Nie daje ulgi. Nie daje jasnych odpowiedzi. Ale zostawia coś ważniejszego: świadomość, że nasze życie jest wypadkową relacji, decyzji i milczenia, które zaczęły się długo przed nami. I że jeśli chcemy przerwać którykolwiek z tych łańcuchów, musimy najpierw przestać wierzyć, że czas sam coś załatwi.
To serial, który nie pyta, co będzie dalej. Pyta, ile razy jesteś gotów przeżyć to samo, zanim nazwiesz to losem.
Data emisji 2017-2020 / Liczba odcinków 26 / Gdzie obejrzeć Netflix / Jak obejrzeć w całości
02/
Breaking Bad
Ten o chemii upadku
Breaking Bad bardzo długo udaje historię o desperacji – o facecie, któremu życie nie wyszło, o genialnym umyśle zamkniętym w zbyt małym świecie, zbyt niskiej pensji i zbyt wielu kompromisach. To narracja wygodna, niemal kojąca: kibicujesz, bo wydaje się, że chodzi o godność. O ostatnią próbę odzyskania kontroli. O człowieka, który „nie ma już nic do stracenia”.
I właśnie w tym miejscu Breaking Bad zaczyna być naprawdę niebezpieczne.
Bo to nie jest serial o tym, jak dobry człowiek staje się złym. To serial o tym, jak bardzo chcemy wierzyć, że jesteśmy dobrzy – nawet wtedy, gdy robimy rzeczy niewybaczalne. Walter White nie pęka pod ciężarem okoliczności. On powoli się prostuje. Rosną mu plecy. Głos staje się pewniejszy. Spojrzenie twardsze. Choroba nie odbiera mu życia – daje mu pretekst, by wreszcie być sobą.

Najbardziej przerażające w Breaking Bad jest tempo tej przemiany. A właściwie jego brak. Tu nie ma jednego momentu „przejścia na złą stronę”. Są małe decyzje. Minimalne przesunięcia granicy. „To tylko raz”. „To dla rodziny”. „Nie miałem wyboru”. Serial rozumie coś bardzo ludzkiego: że moralność najczęściej nie kończy się krzykiem. Że upadek wygląda racjonalnie z perspektywy osoby, która spada.
Relacja Walta i Jessego jest sercem tej historii, choć długo udajemy, że chodzi o coś innego. To nie jest partnerska współpraca. To nie jest mentor i uczeń. To relacja władzy, która przebiera się za opiekę. Walt nie niszczy Jessego jednym ciosem – on go systematycznie odczłowiecza, a jednocześnie potrzebuje go, by móc dalej wierzyć we własną narrację. Jesse jest sumieniem, które trzeba uciszyć, i lustrem, w które coraz trudniej patrzeć.
Breaking Bad bezlitośnie demontuje mit „zrobiłem to dla rodziny”. Pokazuje, że to zdanie bardzo szybko przestaje być motywacją, a zaczyna być alibi. Walt nie walczy o przyszłość bliskich – walczy o własne ego, o poczucie sprawczości, o to, by świat wreszcie uznał jego wielkość. Heisenberg nie rodzi się z biedy ani choroby. Rodzi się z urażonej dumy.
Ten serial jest też opowieścią o męskości, która nie potrafi znieść przeciętności. O potrzebie bycia kimś „ważnym”, nawet jeśli ceną jest zniszczenie wszystkiego dookoła. Walt nie znosi myśli, że mógłby odejść cicho. On musi zostać zapamiętany. Nawet jeśli pamięć ta będzie oparta na strachu. Nawet jeśli nikt nie będzie go kochał.

Im dalej w Breaking Bad, tym wyraźniej widać, że nie oglądamy już historii o wyborach. Oglądamy konsekwencje. Świat kurczy się do pustyni, laboratoriów i spojrzeń pełnych niewypowiedzianego przerażenia. Każda relacja zostaje skażona. Każde słowo waży za dużo. Serial nie oferuje odkupienia, bo wie, że byłoby ono fałszywe. Pewnych rzeczy nie da się „naprawić”. Da się je tylko dociągnąć do końca.
Dlatego Breaking Bad stało się tak kultowe. Nie jako thriller. Nie jako popkulturowa ikona. Ale jako brutalne studium samooszukiwania się. Serial, który mówi: największym zagrożeniem nie jest zło z zewnątrz. Największym zagrożeniem jest historia, którą opowiadasz sam sobie, żeby nie przyznać, że to wszystko robisz dlatego, że wreszcie możesz.
Bo ostatecznie Breaking Bad nie pyta, jak daleko można się posunąć. Pyta o coś znacznie trudniejszego: w którym momencie przestajesz być ofiarą, a zaczynasz być autorem. I czy potrafisz jeszcze rozpoznać chwilę, w której to się stało.
Data emisji 2008-2013 / Liczba odcinków 62 / Gdzie obejrzeć Netflix / Jak obejrzeć w całości
01/
Sześć stóp pod ziemią
Ten, który naucza, że koniec też jest formą prawdy
Mój pierwszy seans Six Feet Under nie był dla mnie ucieczką ani rozrywką. Był rozmową. Taką, której nie da się przerwać w połowie zdania, bo nagle dotyka czegoś, czego od dawna nie chcesz nazywać po imieniu.
Można rzec, że jest to serial o śmierci. Ale tylko na poziomie fabularnej etykiety. Tak naprawdę to opowieść o życiu w stanie permanentnego rozpadu. O tym, że każdy z nas nosi w sobie mały dom pogrzebowy – miejsce, w którym chowamy niespełnione wersje siebie, relacje, które nie wyszły, decyzje, których się baliśmy, i te, które podjęliśmy za późno.
Rodzina Fisherów nigdy nie była „sympatyczna”. Była prawdziwa. Neurotyczna, poraniona, chaotyczna. Kochająca się w sposób nieporadny, często krzywdzący. I może właśnie dlatego tak bardzo działała – bo nie oferowała żadnego komfortu. Tu nie było prostych lekcji, oczyszczających puent na koniec odcinka. Było raczej to uczucie, kiedy wyłączasz telewizor i przez chwilę siedzisz w ciszy, bo coś zostało poruszone zbyt głęboko.

Nate był ucieczką w niedojrzałość, która udaje wolność. Claire – próbą wyrwania się z rodzinnego fatum, ale bez gwarancji, że świat na zewnątrz okaże się łaskawszy. Ruth wielu bolała najbardziej – bo jej samotność cicho sączyła się latami, jak przeciek w suficie, którego nikt nie chce naprawić. A David… David był lekcją, że bycie sobą to czasem najwyższa cena, którą przychodzi nam zapłacić.
Ten serial nie udaje, że wszystko da się poukładać. Wręcz przeciwnie – pokazuje, że życie bardzo rzadko domyka się w logiczne klamry. Relacje nie kończą się wtedy, kiedy powinny. Miłość nie zawsze przychodzi w odpowiednim momencie. A śmierć? Śmierć przychodzi dokładnie wtedy, kiedy ma ochotę – i nigdy nie pyta, czy jesteś gotowy.
I dlatego finałSix Feet Under jest czymś więcej niż „najlepszym zakończeniem serialu w historii”, jak wielu o nim mówi. To nie jest twist ani ukłon w stronę fanów. To brutalnie czułe przypomnienie, że wszyscy zmierzamy w to samo miejsce – i że jedyne, co naprawdę zostaje, to ślady, jakie zostawiamy w cudzym życiu. Krótkie, często niepozorne, czasem zupełnie niezamierzone.

Ten serial nauczył mnie jeszcze jednej rzeczy – że nie trzeba się spieszyć z odpowiedziami. Że można żyć z pęknięciem. Że nie każda rana musi się zamknąć, żeby przestała boleć mniej. Six Feet Under nie obiecuje ulgi. Ale daje coś znacznie cenniejszego – poczucie, że w tym całym bałaganie, w lęku przed przemijaniem, w chaosie relacji i niespełnień, nie jesteśmy sami.
I może właśnie dlatego wracam do niego myślami wtedy, gdy wszystko się sypie. Bo to serial, który nie mówi: „będzie dobrze”. Mówi: „to normalne, że boli”. A czasem to dokładnie to, czego najbardziej potrzebujemy.
Data emisji 2001-2005 / Liczba odcinków 63 / Gdzie obejrzeć HBO MAX / Jak obejrzeć w całości



