20/
The Last of Us
Ten o miłości, która rodzi się po końcu świata
The Last of Us sprzedaje się jako historia postapokaliptyczna, serial o grzybie, który zjada ludzkość od środka. Ale to tylko kostium. Zmyłka. W rzeczywistości to jedna z najbardziej intymnych opowieści o miłości, jaką telewizja odważyła się opowiedzieć – i to miłości rozumianej bardzo szeroko – jako odpowiedzialność, lęk, przywiązanie, a w końcu jako coś, co boli bardziej niż samotność.
Ten serial zaczyna się od straty, zanim jeszcze zdążysz się w nim rozgościć. I to jest uczciwe. Nie ma tu miękkiego wejścia, budowania napięcia pod przyszłe emocje. Jest uderzenie. Trauma, która nie jest „backstory”, tylko fundamentem wszystkiego, co wydarzy się później. Joel nie idzie przez świat zrujnowany przez pandemię – on idzie przez świat, który już raz mu się skończył. Reszta to tylko echo.

Ellie pojawia się jak problem do rozwiązania. Jak zadanie logistyczne. Jak ładunek. I dokładnie w taki sposób próbuje ją widzieć Joel – bo tylko tak potrafi przetrwać. The Last of Us pokazuje coś, o czym rzadko się mówi: że dystans emocjonalny bywa strategią obronną, a nie chłodem charakteru. Że obojętność często jest po prostu inną formą żałoby.
Ten świat nie nagradza dobroci. Każdy gest empatii jest ryzykiem. Każda relacja – potencjalną stratą. I właśnie dlatego odcinek o Billu i Franku działa jak emocjonalna detonacja. To historia, która mogłaby być osobnym filmem, osobnym życiem. Opowieść o tym, że nawet po końcu cywilizacji można zbudować coś trwałego. Że miłość nie potrzebuje tłumu ani przyszłości – wystarczy jej ktoś, kto zostanie. I decyzja, żeby nie przeżyć życia w trybie awaryjnym.
Relacja Joela i Ellie rozwija się nie przez wielkie deklaracje, ale przez drobiazgi: milczenie w samochodzie, głupie żarty, wspólne strachy. To miłość, która nie pada na kolana, nie mówi „kocham”, tylko powoli przestaje pytać, czy warto się angażować. I to jest w niej najbardziej bolesne – bo wiesz, że im bliżej są siebie, tym wyższa będzie cena.

Finał The Last of Us nie daje komfortu. Nie daje moralnej jasności. Zostawia widza z pytaniem, które nie ma dobrej odpowiedzi: czy miłość usprawiedliwia wszystko? Czy ratowanie jednego świata – tego najbliższego, najbardziej osobistego – jest ważniejsze niż ratowanie świata w ogóle? To pytanie zostaje w głowie długo po napisach końcowych, bo dotyczy nie apokalipsy, tylko codziennych wyborów, które podejmujemy w znacznie mniejszej skali.
Ten serial nie mówi, że miłość nas ocali. Mówi coś znacznie trudniejszego: że miłość nas zmienia – i że ta zmiana nie zawsze jest moralnie czysta. The Last of Us jest o tym, że przywiązanie czyni nas ludźmi, ale też potworami. Że czasem największym aktem egoizmu jest nazwać swoje uczucia „koniecznością”.
I może właśnie dlatego ten serial tak trafia. Bo pod warstwą grzybów, ruin i przemocy kryje się coś bardzo znajomego: strach przed ponowną stratą. Przed otwarciem się. Przed tym, że jeśli pozwolimy komuś być naprawdę blisko, świat może się skończyć jeszcze raz.
Data emisji 2023-… / Liczba odcinków 16 / Gdzie obejrzeć HBO MAX / Jak obejrzeć tylko pierwszy sezon (9 odcinków z 2023 roku), który można potraktować jako zamkniętą całość
19/
Detektyw
Ten o czasie, który nigdzie nie prowadzi
Pierwszy sezon True Detective od pierwszych minut mówi widzowi coś, czego większość seriali boi się nawet zasugerować: to nie będzie historia o rozwiązaniu zagadki. To będzie historia o utknięciu. O ludziach, którzy nie idą do przodu, tylko krążą wokół tych samych ran, tych samych myśli, tych samych błędów – aż czas przestaje być linią, a zaczyna przypominać zamknięty obwód.
Ten serial nie zaczyna się od zbrodni, tylko od spowiedzi bez Boga. Od mężczyzn, którzy siedzą naprzeciwko kamery i mówią, jakby już dawno pogodzili się z tym, że prawda nie przynosi ulgi. Rust Cohle nie jest detektywem. Jest człowiekiem, który za dużo zobaczył i nie potrafi już udawać, że to wszystko ma sens. Marty Hart z kolei jest dowodem na to, że normalność bywa najlepiej opakowaną formą ucieczki.

Luizjana w True Detective nie jest miejscem. Jest stanem umysłu. Płaska, duszna, rozkładająca się przestrzeń, w której wiara stała się dekoracją, a zło elementem krajobrazu. Tu nie ma metafizycznego potwora. Jest sieć powiązań, milczenia i przyzwolenia. Serial mówi jasno: największe potwory nie chowają się w lasach. One funkcjonują w świetle dnia, chronione przez struktury, które miały chronić innych.
Najbardziej poruszające w True Detective jest to, że nie ma w nim próby pocieszenia nas. Rust mówi o życiu jak o biologicznym błędzie, o świadomości jako przekleństwie – i serial nie spieszy się, by mu zaprzeczyć. Zamiast tego każe nam z nim posiedzieć. Posłuchać. Zobaczyć świat z perspektywy kogoś, kto stracił wszelkie iluzje, ale wciąż – paradoksalnie – szuka prawdy z obsesyjną uczciwością.
Relacja Rusta i Marty’ego to nie przyjaźń. To tarcie dwóch sposobów radzenia sobie z pustką. Jeden wybiera konfrontację do bólu, drugi – kompromis i zaprzeczanie. Jeden nie chce mieć nic, drugi chce mieć wszystko naraz. True Detective pokazuje, że oba te wybory prowadzą do samotności, tylko inną drogą. I że żadna z nich nie daje gwarancji ocalenia.
Ten serial jest też opowieścią o męskości w stanie rozpadu. Bez heroizmu, bez mitu silnego faceta, który „ogarnia”. Są tu tylko mężczyźni nieumiejący mówić o emocjach inaczej niż przez gniew, ironię albo alkohol. Mężczyźni, którzy nie potrafią być obecni ani w pracy, ani w domu. True Detective nie oskarża – ono obserwuje, jak ten model sam się wypala.

A jednak, mimo całej tej ciemności, serial zostawia szczelinę. Maleńką, ledwo widoczną. Nie w rozwiązaniu sprawy, nie w triumfie dobra nad złem, ale w jednym zdaniu, wypowiedzianym cicho pod koniec: że kiedyś była tylko ciemność, a teraz światło walczy. To nie jest nadzieja w hollywoodzkim sensie. To raczej decyzja, by nie oddać wszystkiego nicości. By uznać, że nawet jeśli sens jest iluzją, to prawda wciąż ma znaczenie.
True Detective zostaje w człowieku jak rozmowa, którą odbyło się za późno w nocy. Taka, po której nie wstajesz lżejszy, tylko bardziej świadomy. Serial nie pyta, czy świat da się naprawić. Pyta, czy jesteś gotów spojrzeć na niego bez znieczulenia. I czy mimo tego spojrzenia potrafisz jeszcze zostać.
Bo może właśnie to jest jego najważniejsze pytanie: nie jak pokonać zło, ale jak żyć, wiedząc, że ono nie zniknie.
Data emisji 2014-… / Liczba odcinków 30 / Gdzie obejrzeć HBO MAX / Jak obejrzeć tylko pierwszy sezon (8 odcinków z 2014 roku), który jest zamkniętą całością
18/
Fleabag
Ten o śmiechu, który maskuje pęknięcie
Fleabag udaje bezwstydność. Rzuca żartami jak ostrzami, łamie czwartą ścianę, puszcza do widza porozumiewawcze oko, jakby mówiła: „spokojnie, mam nad tym kontrolę”. A potem, niemal niezauważalnie, okazuje się, że to wszystko jest mechanizmem obronnym. Że śmiech nie służy tu zabawie, tylko przetrwaniu.
To opowieść o kobiecie, która mówi za dużo, czuje za mocno i nie potrafi się zatrzymać. Seks, ironia, prowokacja – wszystko jest tu ruchem ucieczkowym. Fleabag nie chce, żebyś ją polubił. Chce, żebyś jej nie zostawił samej. I to bardzo niewygodna różnica.
Ten serial jest o żałobie, ale nie tej eleganckiej, filmowej, z ciszą i powagą. To żałoba brudna, nieprzyzwoita, pełna winy. O stracie, której nie da się opłakać wprost, więc trzeba ją rozbroić żartem. O poczuciu odpowiedzialności, które zatruwa każdą relację – z rodziną, z partnerami, z samą sobą.

Relacje w Fleabag są polem minowym. Matka zastąpiona przez macochę, która perfekcyjnie opanowała przemoc w białych rękawiczkach. Siostra, która wybrała kontrolę zamiast bliskości. Mężczyźni, którzy pojawiają się i znikają, bo prawdziwa intymność byłaby zbyt ryzykowna. Ten serial nie pyta: „dlaczego ona taka jest?”. Pyta: „ile razy można się rozbić, zanim przestanie się wierzyć, że da się inaczej?”.
A potem pojawia się on – ksiądz. I nagle Fleabag robi coś genialnego: bierze postać, która powinna być zakazem, i zamienia ją w możliwość. W spojrzenie, które widzi. W kogoś, kto zauważa momenty, w których bohaterka „znika” do widza – i pyta, dokąd idzie. To jedna z najpiękniejszych metafor samotności w nowoczesnej popkulturze: potrzeba bycia naprawdę obecnym, bez ironicznego bufora.
Ten serial mówi bardzo brutalną prawdę: że nie da się przejść przez życie bez ran. Ale można nauczyć się nie robić z nich widowiska. Finał Fleabag nie jest happy endem. Jest aktem zgody. Na stratę. Na to, że nie wszystko da się naprawić. I na to, że czasem największym krokiem naprzód jest odwrócenie się plecami do widza – i pójście dalej bez komentarza.

Fleabag to historia o tym, że autoironia bywa formą autoagresji. Że mówienie „to tylko żart” często znaczy „to mnie boli”. I że bliskość zaczyna się tam, gdzie przestajemy wszystko tłumaczyć dowcipem.
To serial, który śmieje się głośno, żeby nie rozpłakać się na oczach wszystkich. I właśnie dlatego zostaje w środku na długo. Bo pod całą tą błyskotliwością kryje się coś bardzo prostego i bardzo ludzkiego: pragnienie, żeby ktoś powiedział „widzę cię” – i naprawdę to miał na myśli.
Data emisji 2016-2019 / Liczba odcinków 12 / Gdzie obejrzeć Amazon Prime Video / Jak obejrzeć w całości
17/
Pose
Ten o godności, którą trzeba było sobie wymyślić
Pose nie zaczyna się od pytania „kim jesteś?”. Zaczyna się od pytania znacznie trudniejszego: „Gdzie możesz być sobą, jeśli świat nie przewidział dla ciebie miejsca?”. Ten serial nie opowiada historii wykluczenia w sposób dydaktyczny ani reporterski. On ją przeżywa – w ruchu, w muzyce, w spojrzeniach, w ciałach, które musiały nauczyć się, jak przetrwać bez obietnicy bezpieczeństwa.
Nowy Jork lat 80. i 90. w Pose nie jest miastem marzeń. Jest polem walki. Ballroom nie jest tu zabawą ani eskapizmem – jest azylem. Przestrzenią, w której można na chwilę odwrócić hierarchie świata. Gdzie biedni stają się bogaci, odrzuceni – podziwiani, niewidzialni – dostrzegani. Kategorie, trofea, gesty nie są powierzchowne. Są językiem godności.
Najważniejsze w Pose jest to, że rodzina nie wynika z krwi. Wynika z decyzji. Z potrzeby. Z desperacji, ale i z miłości. Domy, matki, dzieci – to struktury stworzone wbrew światu, który odmówił im prawa do istnienia. Blanca nie jest idealną bohaterką. Jest zmęczona, chora, czasem bezradna. Ale jej siła polega na czymś innym: na odmowie zniknięcia. Na powiedzeniu „zostajemy”, nawet wtedy, gdy wszystko dookoła mówi „nie ma tu dla was miejsca”.

Ten serial jest o epidemii AIDS, ale nie pozwala, by choroba zdefiniowała tożsamość bohaterów. Śmierć jest obecna – często brutalnie, bez zapowiedzi – ale Pose nie robi z niej centrum narracji. Ważniejsze jest to, jak się żyje pomiędzy. Jak kocha, pracuje, marzy, kłóci, wychowuje. Jak bardzo normalność może być aktem oporu.
Jest w Pose ogromna teatralność, melodramat, czasem wręcz przesada. Ale ona nie jest wadą. Jest strategią. Jeśli całe życie mówiono ci, że jesteś za bardzo – to jedyną odpowiedzią jest bycie jeszcze bardziej. Głośniej. Odważniej. Bez przeprosin. Ten serial rozumie, że estetyka bywa tarczą, a spektakl – sposobem na przetrwanie.
Najbardziej poruszające momenty Pose nie dzieją się na parkiecie, tylko w ciszy po występie. W chwilach, gdy makijaż jest już zmyty, a świat wraca do swoich reguł. Gdy bohaterowie konfrontują się z tym, że poza balem znów są narażeni. Na przemoc. Na biedę. Na samotność. I mimo to wracają. Znowu i znowu. Bo wiedzą, że bez tej wspólnoty nie da się oddychać.

Finał Pose nie jest triumfem. Jest świadectwem. Tego, że te życia miały znaczenie. Że ich historie nie są przypisem do cudzej opowieści, ale pełnoprawnym centrum. Że radość, nawet krótkotrwała, była realna. A miłość – choć często krucha – prawdziwa.
Pose to serial o tym, że czasem trzeba najpierw stworzyć scenę, żeby móc na niej stanąć. Że widzialność nie jest darem – jest walką. I że godność bywa czymś, co rodzi się nie z akceptacji świata, ale z wzajemnego uznania. Między tymi, którzy postanowili nie zniknąć.
Data emisji 2018-2021 / Liczba odcinków 26 / Gdzie obejrzeć niedostępny obecnie w serwisach VOD / Jak obejrzeć w całości, choć możesz też tylko pierwszy sezon
16/
Nawiedzony dom na wzgórzu
Ten o domu, który nigdy nie przestaje w nas mieszkać
The Haunting of Hill House sprzedaje się jako horror. Nawiedzony dom, duchy, strach, nocne koszmary. I owszem – to wszystko tu jest. Ale bardzo szybko okazuje się, że prawdziwy lęk nie czai się w korytarzach ani za drzwiami. On siedzi w pamięci. W rodzinie. W tym, czego nigdy nie udało się powiedzieć na głos, a co i tak wraca, niezależnie od tego, ile lat minęło.
Hill House nie jest miejscem. Jest stanem. Doświadczeniem, które rozdziela życie na „przed” i „po”, nawet jeśli bohaterowie próbują udawać, że to „po” wcale ich nie dotyczy. Każde z rodzeństwa Crainów wyniosło z tego domu coś innego – uzależnienie, racjonalność, ucieczkę w duchowość, ironię, zaprzeczenie. Ale źródło jest wspólne. I serial nie pozwala o tym zapomnieć.

Najbardziej przejmujące w Hill House jest to, że strach nie jest tu celem. Jest językiem. Duchy nie wyskakują tylko po to, by przestraszyć widza. One są materializacją tego, co wyparte. Żałoby, winy, nieprzepracowanych strat. Słynna Pani z krzywą szyją nie jest twistem fabularnym – jest tragicznym dowodem na to, że trauma potrafi zatoczyć pętlę i stać się własnym źródłem.
Ten serial mówi bardzo cicho, ale konsekwentnie: dzieciństwo nie kończy się wtedy, kiedy dorastasz. Kończy się dopiero wtedy, gdy przestajesz przed nim uciekać. Każda próba „normalnego życia” bohaterów jest w istocie próbą odcięcia się od przeszłości, która i tak znajduje sposób, by się przypomnieć – w snach, w relacjach, w destrukcyjnych schematach.
Rodzina w The Haunting of Hill House nie jest ani bezpieczną przystanią, ani źródłem czystej krzywdy. Jest czymś znacznie bardziej skomplikowanym: miejscem, gdzie miłość i ból współistnieją w tej samej przestrzeni. Rodzice nie są tu potworami. Są ludźmi, którzy nie udźwignęli ciężaru. A dzieci płacą za to cenę, nawet jeśli nikt nigdy nie wystawił im rachunku.

I właśnie dlatego finał serialu działa tak mocno – bo nie próbuje straszyć do samego końca. Zamiast tego proponuje coś rzadkiego w horrorze: możliwość zatrzymania się. Spojrzenia na to, co było, bez potrzeby dalszej ucieczki. Nie wszystkie rany się zamykają. Nie wszystkie historie da się naprawić. Ale można spróbować nazwać je inaczej niż „potwór”.
The Haunting of Hill House jest opowieścią o tym, że dom, z którego uciekliśmy, często budujemy w sobie na nowo. Z tymi samymi pokojami. Tymi samymi drzwiami, których boimy się otworzyć. I że największym aktem odwagi nie jest wejść do nawiedzonego miejsca, tylko zostać tam wystarczająco długo, by przestać udawać, że go nie znamy.
To serial, który nie pyta, czy się boisz. Pyta, czego dokładnie. I zostawia cię z myślą, że niektóre duchy nie chcą cię skrzywdzić – chcą tylko, żebyś wreszcie przestał od nich uciekać.
Data emisji 2018 / Liczba odcinków 10 / Gdzie obejrzeć Netflix / Jak obejrzeć w całości



