Listy „najlepszych seriali” powstają dziś hurtowo. Jedne liczą nagrody, inne algorytmy popularności. Ta lista nie robi żadnej z tych rzeczy. Nie jest próbą ustalenia kanonu ani kompromisem między gustami. Jest zapisem doświadczeń – seriali, które realnie coś zmieniły – w sposobie myślenia o świecie, o relacjach, o odpowiedzialności, o śmierci, o czasie.
Nie wszystkie są „przyjemne”. Nie wszystkie chce się oglądać ponownie. Ale wszystkie zostawiają ślad – emocjonalny, moralny albo kulturowy. To właśnie ten ślad był kryterium wyboru. Dlatego obok wielkich fabularnych konstrukcji znalazły się tu dokumenty, animacje, miniseriale i opowieści bardzo intymne. A kilka głośnych, świetnie zrealizowanych tytułów świadomie się tu nie zmieściło – nie dlatego, że były słabsze, lecz dlatego, że nie niosły wystarczająco unikalnego ciężaru.
To nie jest ranking „co obejrzeć”. To jest lista seriali, które zostają w człowieku dłużej niż sam seans.
25/
Jak nas widzą
Ten o tym, jak system potrafi pomylić prawdę z wygodą
When They See Us to serial, który od początku odbiera widzowi komfort dystansu. Nie pozwala myśleć: „to była inna epoka”, „to jednostkowy błąd”, „tak już się nie robi”. Ta historia nie jest rekonstrukcją sprawy sądowej. Jest zapisem mechanizmu – precyzyjnego, bezdusznego, działającego dokładnie tak, jak został zaprojektowany.
Pięciu chłopców. Dzieci, naprawdę dzieci. Zagubione, przestraszone, zmęczone wielogodzinnymi przesłuchaniami, w których dorośli mówią im, co się wydarzyło – aż w końcu zaczynają w to wierzyć. When They See Us pokazuje, jak łatwo prawda przegrywa z narracją, jeśli ta druga jest głośna, szybsza i bardziej wygodna politycznie. Sprawiedliwość nie upada tu spektakularnie. Ona się po prostu nie pojawia.
Najbardziej wstrząsające w tym serialu jest to, że nie opowiada on o jednym złym policjancie czy jednym złym prokuratorze. Opowiada o całym łańcuchu decyzji, w którym każdy robi „swoje”. Ktoś przyspiesza procedurę. Ktoś ignoruje sprzeczność. Ktoś uznaje, że „to się domknie później”. When They See Us pokazuje, że krzywda rzadko jest efektem jednego aktu okrucieństwa. Częściej jest sumą małych zgód.

Ten serial jest też o czasie, który nie działa jak obietnica. Lata mijają, wyroki zostają unieważnione, nazwiska oczyszczone – ale życie nie wraca. Dzieciństwo nie zostaje oddane. Relacje nie sklejają się same. Trauma nie zna języka rehabilitacji wizerunkowej. When They See Us nie myli sprawiedliwości proceduralnej z naprawą krzywdy. Wie, że to dwie zupełnie różne rzeczy.
Szczególnie poruszające są momenty ciszy. Sceny, w których bohaterowie próbują funkcjonować „normalnie”, nie mając narzędzi do normalności. System karze ich dwa razy: najpierw odbiera wolność, potem nie daje języka, by opisać, co zostało zabrane. Dorosłość przychodzi tu nie jako rozwój, ale jako konieczność radzenia sobie z czymś, na co nikt nie był gotowy.
To serial, który bardzo świadomie unika taniości. Nie ma tu triumfu, który mógłby przykryć skalę straty. Nawet momenty prawdy są gorzkie, bo przychodzą za późno i nie zmieniają faktu, że państwo, media i opinia publiczna przez lata patrzyły na tych chłopców jak na symbole, a nie ludzi. When They See Us boleśnie przypomina, że dehumanizacja zaczyna się dokładnie w tym momencie – gdy przestajemy widzieć twarz, a zaczynamy widzieć „sprawę”.

Ten serial nie jest oskarżeniem podszytym gniewem. Jest czymś znacznie trudniejszym: spokojnym, precyzyjnym zapisem krzywdy, która nie potrzebuje podniesionego głosu, by być oczywista. Pokazuje, że system nie musi być zły, żeby niszczyć. Wystarczy, że będzie bardziej zainteresowany domknięciem narracji niż prawdą.
When They See Us zostawia widza z pytaniem, którego nie da się łatwo odsunąć: ile historii uznajemy za zakończone tylko dlatego, że przestaliśmy chcieć ich słuchać? I co to mówi o świecie, w którym sprawiedliwość bywa kwestią cierpliwości – a cierpliwość jest luksusem, na który nie każdy może sobie pozwolić.
To serial o spojrzeniu. O tym, kogo widzimy jako człowieka, a kogo jako problem do rozwiązania. I o cenie, jaką płaci się wtedy, gdy system patrzy, ale nie chce naprawdę zobaczyć.
Data emisji 2019 / Liczba odcinków 4 / Gdzie obejrzeć Netflix / Jak obejrzeć w całości
24/
Genialna przyjaciółka
Ten o relacji, która kształtuje cię bardziej niż miłość
Są historie o przyjaźni. I są takie, które pokazują coś znacznie trudniejszego do zaakceptowania: że najważniejsza relacja w życiu może być jednocześnie źródłem siły i nieustannego bólu. My Brilliant Friend nie opowiada o siostrzanej bliskości ani o wspólnym dorastaniu. Opowiada o tym, jak drugi człowiek może stać się twoim lustrem, rywalem, wyrzutem sumienia i miarą własnej wartości – wszystko naraz.
Lenù i Lila nie są przyjaciółkami w tym miękkim, pocieszającym sensie. One są ze sobą splecione. Od dzieciństwa, od podwórka, od biedy, od przemocy, od świata, który mówi dziewczynkom, kim mają być i gdzie jest ich miejsce. Ich relacja nie daje schronienia. Ona wystawia na próbę. Każdego dnia.
Lila jest jak błyskawica – nieprzewidywalna, genialna, niszcząca. Lenù – jak długie, mozolne wspinanie się pod górę. Ambicja kontra talent. Praca kontra intuicja. Widzialność kontra znikanie. I przez cały ten czas jedna nie potrafi istnieć bez drugiej. Sukces Lenù zawsze ma w sobie cień Lili. Każda porażka Lili odbija się w Lenù jak osobiste oskarżenie.

Ten serial mówi coś bardzo niewygodnego: że miłość nie zawsze jest najważniejszym motorem życia. Czasem jest nim zazdrość. Czasem potrzeba bycia lepszym. Czasem strach przed tym, że ktoś, kogo podziwiasz, mógłby okazać się od ciebie wolniejszy – albo przeciwnie, że nigdy nie dorównasz jego intensywności.
Neapol w My Brilliant Friend nie jest tłem. Jest systemem nacisku. Przemoc nie jest tu wydarzeniem – jest klimatem. Seksizm, klasowość, ograniczenia ekonomiczne wsiąkają w bohaterki tak głęboko, że nawet gdy fizycznie się z tego miejsca wydostają, ono dalej w nich żyje. I właśnie dlatego ten serial dotyka: bo pokazuje, że awans społeczny nie zawsze oznacza wewnętrzne wyzwolenie.
Najbardziej poruszające w tej historii jest to, że Lenù nigdy nie przestaje mierzyć swojego życia Lilą. Nawet wtedy, gdy teoretycznie „wygrywa”. Nawet wtedy, gdy ma uznanie, książki, głos. Lila jest jej punktem odniesienia, wewnętrznym krytykiem, cieniem, który przypomina, że można było żyć inaczej – odważniej, ostrzej, bardziej bezkompromisowo.

My Brilliant Friend nie romantyzuje kobiecej relacji. Nie upraszcza jej do wsparcia i siostrzeństwa. Pokazuje ją jako przestrzeń konfliktu, zależności, emocjonalnej przemocy, ale też absolutnej formacji tożsamości. Bo czasem to nie rodzice, nie partnerzy i nie dzieci definiują nas najmocniej – tylko ktoś, kto widział nas na samym początku i nigdy nie pozwolił nam o tym zapomnieć.
To serial o tym, że można kogoś kochać i jednocześnie przez całe życie z nim walczyć. Że można komuś zawdzięczać siebie – i mieć do niego o to żal. I że niektóre relacje nie kończą się nawet wtedy, gdy znikają z naszego życia. One po prostu przenoszą się do środka.
My Brilliant Friend zostawia z myślą, która nie daje spokoju: że być może najważniejszą historią naszego życia nie jest ta, którą opowiadamy światu, ale ta, którą toczymy w ciszy – w dialogu z kimś, kto był obok, gdy wszystko dopiero się zaczynało.
Data emisji 2018-2024 / Liczba odcinków 34 / Gdzie obejrzeć HBO MAX / Jak obejrzeć w całości
23/
Po drugiej stronie muru
Ten o drodze, która wygląda jak bajka, a prowadzi przez strach
Over the Garden Wall udaje coś małego. Krótką animację. Jesienną opowieść do obejrzenia „między” jedną a drugą czynnością. Śpiewające żaby, dziwaczni mieszkańcy, las skąpany w sepii. Wszystko wygląda jak sen, który nie ma ambicji niczego wyjaśniać. I właśnie w tym tkwi jego podstęp. Bo to jedna z najbardziej przenikliwych historii o dorastaniu i lęku, jakie powstały – tylko opowiedziana cicho.
To serial o byciu zagubionym. Nie metaforycznie, ale dosłownie. Wirt i Greg błąkają się po Nieznanym, miejscu, które nie ma mapy ani logiki. I bardzo szybko okazuje się, że to nie jest przestrzeń do przejścia, tylko do przeżycia. Każdy odcinek jest jak spotkanie z inną wersją strachu: przed odrzuceniem, przed odpowiedzialnością, przed tym, że nie jesteś wystarczający, żeby kogoś ochronić.
Wirt jest chłopcem, który myśli za dużo. Analizuje, przewiduje, wycofuje się. Jego lęk nie jest spektakularny – jest paraliżujący. Greg jest jego przeciwieństwem: intuicyjny, ufny, gotowy wejść w ciemność bez planu. I dopiero razem tworzą całość. Over the Garden Wall mówi coś bardzo ważnego: że dorastanie nie polega na porzuceniu naiwności, tylko na nauczeniu się, kiedy jej potrzebujesz.

Najstraszniejszą postacią w tym serialu nie jest Bestia. Jest nią bezruch. Moment, w którym przestajesz iść dalej, bo las wydaje się zbyt gęsty, a noc zbyt długa. Bestia tylko to wykorzystuje. Karmi się rezygnacją, szeptem, że nie ma sensu próbować. I to jest jedna z najmądrzejszych metafor depresji i lęku, jakie widziałem w animacji – pozbawiona patosu, a przez to jeszcze bardziej prawdziwa.
Ten serial rozumie, że strach rzadko wygląda jak potwór. Częściej jak zmęczenie. Jak poczucie winy. Jak myśl, że wszystko już zostało przesądzone. Over the Garden Wall nie walczy z tym krzykiem. On idzie dalej mimo niego. Pokazuje, że odwaga nie polega na braku lęku, tylko na ruchu – czasem bardzo małym, czasem nieporadnym, ale własnym.

Finał tej historii nie jest triumfem. Jest powrotem. Ale nie takim, który resetuje doświadczenie. To powrót kogoś, kto już wie. Że świat bywa mroczny, że łatwo się zgubić, że odpowiedzialność boli – ale też że światło nie zawsze musi być wielkie, żeby wystarczyło. Czasem wystarczy czyjaś obecność. Czyjaś piosenka. Czyjaś ręka w ciemności.
Over the Garden Wall jest opowieścią o przejściu – między dzieciństwem a czymś dalej, czego jeszcze nie umiemy nazwać. O tym krótkim momencie, gdy wszystko jest niepewne, ale jeszcze możliwe. I może dlatego ten serial zostaje tak długo. Bo każdy z nas był kiedyś w Nieznanym. I każdy z nas potrzebował kogoś, kto powie – chodź, jeszcze tylko kawałek.
Data emisji 2014 / Liczba odcinków 10 / Gdzie obejrzeć HBO MAX / Jak obejrzeć w całości
22/
Przeklęty: Życie i śmierci Roberta Dursta
Ten o ciszy, która mówi za dużo
The Jinx nie jest dokumentem kryminalnym w klasycznym sensie. Nie prowadzi widza za rękę przez zagadkę, nie buduje napięcia według znanych reguł. On raczej siedzi naprzeciwko ciebie i patrzy. Długo. Niewygodnie. Jakby czekał, aż sam zadasz sobie pytanie, którego nie chcesz wypowiedzieć na głos: jak to możliwe, że tyle rzeczy uszło komuś na sucho?
Robert Durst nie jest tu potworem z legendy. Jest człowiekiem. I właśnie to jest najbardziej niepokojące. Jego sposób mówienia, pauzy, drobne uśmiechy, nerwowe tiki – wszystko sprawia wrażenie zwyczajności. The Jinx rozumie, że prawdziwy horror nie potrzebuje maski. Wystarczy brak emocji tam, gdzie powinna być reakcja. Cisza w miejscach, w których normalnie pojawia się żal.

Ten serial nie krzyczy oskarżeniami. On pozwala Durstowi mówić. I to jest decyzja etycznie ryzykowna, ale artystycznie bezlitosna. Kamera nie konfrontuje – kamera rejestruje. A im dłużej słuchasz, tym bardziej czujesz, że coś się rozjeżdża. Że opowieści nie pasują do siebie nie dlatego, że są źle zapamiętane, ale dlatego, że prawda nigdy nie była tu priorytetem.
Najbardziej przerażające w The Jinx jest to, jak bardzo pieniądz i status działają jak znieczulenie. System prawny nie jawi się tu jako narzędzie sprawiedliwości, tylko jako labirynt, w którym niektórzy znają wszystkie skróty. Policja, sądy, media – wszyscy krążą wokół tej samej postaci, ale nikt nie potrafi jej zatrzymać na dłużej. Serial nie musi tego komentować. Wystarczy, że to pokazuje.
Kulminacyjna scena nie jest twistem. Jest pęknięciem. Momentem, w którym maska nie spada spektakularnie, tylko lekko się przesuwa. Mamrotane słowa, nerwowy śmiech, próba uporządkowania chaosu we własnej głowie. The Jinx nie mówi: „złapaliśmy go”. Mówi coś znacznie bardziej niepokojącego: zobaczyliśmy, jak wygląda brak granicy między winą a przyzwyczajeniem.

Ten dokument jest też o widzu. O naszej fascynacji złem, o potrzebie domknięcia, o satysfakcji z „rozwiązanej sprawy”. The Jinx celowo odbiera tę przyjemność. Nawet gdy padają słowa, które brzmią jak przyznanie się do winy, nie ma ulgi. Jest tylko zimne uświadomienie sobie, że prawda nie zawsze przywraca porządek. Czasem tylko potwierdza, jak bardzo został już naruszony.
To serial o tym, że śmierć może stać się tłem. Że ludzkie życie bywa wciągnięte w narrację tak gładko, że przestaje być centrum. Ofiary w The Jinx są niemal nieobecne – i to też jest oskarżenie. Nie wobec Dursta, ale wobec świata, który pozwolił, by ich historie zostały zepchnięte na margines przez charyzmę, pieniądze i medialny magnetyzm jednego człowieka.
The Jinx zostawia widza w stanie zawieszenia. Bez moralnej satysfakcji. Bez poczucia, że „sprawiedliwości stało się zadość”. Zostawia z myślą, że czasem największą zagadką nie jest to, kto zabił – tylko jak długo system potrafi udawać, że nic nie widzi. I że prawdziwy niepokój rodzi się nie wtedy, gdy ktoś w końcu coś powie, ale wtedy, gdy uświadomisz sobie, jak wiele można było przemilczeć przez lata.
Data emisji 2015-2024 / Liczba odcinków 12 / Gdzie obejrzeć HBO MAX / Jak obejrzeć tylko pierwszy sezon, tworzący zamknięta historię (6 odcinków z 2015 roku)
21/
Kompania braci
Ten o braterstwie, które rodzi się ze strachu
Band of Brothers nie jest serialem o wojnie. Wojna jest tu faktem, tłem, nieuniknionym żywiołem. Prawdziwą historią jest człowiek wrzucony w sytuację, w której wszystko, co znał wcześniej, przestaje mieć znaczenie. Ambicje, poglądy, ego – wszystko odpada jak zbędny balast w chwili, gdy wyskakujesz z samolotu w noc nad Normandią.
To, co od pierwszych minut uderza w Band of Brothers, to brak heroizmu w klasycznym sensie. Nie ma tu wielkich przemówień ani łatwych zwycięstw. Jest strach. Paraliżujący, lepki, obecny w każdym oddechu. I właśnie z tego strachu rodzi się braterstwo – nie z ideologii, nie z patriotyzmu, tylko z bardzo prostej potrzeby: przetrwać razem, bo w pojedynkę nie ma żadnych szans.
Ten serial pokazuje wojnę jako proces odzierania z iluzji. Szkolenie w Toccoa jeszcze udaje, że wszystko da się uporządkować, zaplanować, kontrolować. Europa bardzo szybko to weryfikuje. Front nie nagradza najlepszych. Front nagradza tych, którzy mają szczęście. I tych, którzy potrafią iść dalej mimo tego, że ktoś obok już nie wstanie.

Najbardziej poruszające w Band of Brothers są momenty ciszy. Chwile między walkami, kiedy żołnierze siedzą razem, palą papierosy, głupio żartują, albo nie mówią nic. Serial rozumie, że wojna to w ogromnej mierze czekanie – na rozkaz, na świt, na pocisk, który może trafić akurat ciebie. Ta cisza jest cięższa niż wybuchy, bo w niej mieści się świadomość kruchości wszystkiego.
Easy Company nie jest mitem. Jest zbiorem bardzo różnych ludzi, których połączyła sytuacja bez wyjścia. Band of Brothers z niezwykłą czułością pokazuje, jak rodzi się między nimi więź, której nie da się porównać z żadną inną relacją. To nie jest przyjaźń z wyboru. To jest zależność absolutna. Wiesz, że twoje życie dosłownie znajduje się w rękach człowieka obok – i że jutro może go już nie być.
Ten serial mówi też coś bardzo niewygodnego o pamięci. O tym, że bohaterstwo z czasem staje się opowieścią, uproszczoną, wygładzoną, gotową do oprawienia w ramkę. A prawda była brudna, chaotyczna i pełna przypadkowości. Band of Brothers oddaje głos tym, którzy zwykle znikają w przypisach historii – zwykłym żołnierzom, którzy nie zmieniali świata w wielkich gestach, tylko w małych decyzjach podejmowanych pod ostrzałem.

Im dalej w tę historię, tym wyraźniej widać zmęczenie. Nie tylko fizyczne. Egzystencjalne. Wojna wypala w bohaterach coś, czego nie da się odzyskać po powrocie do domu. Serial nie potrzebuje tego dopowiadać – wystarczy spojrzenie, milczenie, sposób, w jaki stoją po zakończeniu walk. Jakby już wiedzieli, że nigdy do końca nie wrócą.
Band of Brothers zostaje w człowieku, bo nie sprzedaje wojny jako próby charakteru, po której wychodzisz silniejszy. Pokazuje ją jako doświadczenie graniczne, które na zawsze zmienia skalę rzeczy. Po nim małe problemy przestają być małe, a wielkie słowa brzmią podejrzanie pusto.
To serial o ludziach, którzy nie chcieli być bohaterami, ale zostali nimi przez fakt, że nie uciekli. Że zostali, gdy strach był silniejszy niż odwaga. Że trzymali się razem, bo tylko to miało sens. I może właśnie dlatego Band of Brothers działa tak mocno po latach – bo przypomina, że największe historie nie rodzą się z wielkich idei, tylko z bardzo ludzkiej potrzeby, by nie być samemu, kiedy świat się rozpada.
Data emisji 2001 / Liczba odcinków 10 / Gdzie obejrzeć HBO MAX / Jak obejrzeć w całości



