Trzynaście lat temu Ubisoft stworzył najlepszą grę o piratach niejako przy okazji robienia kolejnego Assassin’s Creed. Edward Kenway został wciągnięty w konflikt asasynów z templariuszami, ale traktował go niemal jak zadanie poboczne. Bardziej interesowały go pieniądze, rum, własny statek i przekonanie, że jeszcze jeden udany abordaż rozwiąże wszystkie życiowe problemy. W tym ostatnim przypominał większość z nas, tyle że zamiast odświeżania skrzynki mailowej miał armaty.
Assassin’s Creed Black Flag Resynced wraca do tej opowieści. To nadal Black Flag, z jego rytmem i filozofią otwartego świata z czasów, gdy mapa gry nie wyglądała jeszcze jak plan pięcioletni średniej wielkości państwa.
I właśnie dlatego powrót okazuje się tak przyjemny. Karaiby są duże, ale nie bezkresne. Można odpłynąć od fabuły, zatopić kilka statków, zapolować na skarb, zanurkować, ulepszyć Jackdawa i po godzinie przypomnieć sobie o głównej misji. Gra nie udowadnia swojej wartości liczbą znaczników. Część skrzyń i kolekcjonerskiego konfetti usunięto, podwodne obszary przebudowano, a nurkować można swobodniej. Świat stał się bardziej spójny, zamiast jedynie bardziej wypełniony.
Największy sukces Resynced polega jednak na tym, że ponownie sprzedaje fantazję o pirackim życiu, nie każąc co kilkanaście minut wychodzić z roli. Zniknęły współczesne sekwencje w Abstergo, podczas których zamiast szturmować fort, spacerowaliśmy po biurze przypominającym siedzibę firmy produkującej ekspresy do kawy i złowrogie prezentacje. Poprawiono też nieszczęsne misje śledzenia i podsłuchiwania. Wykrycie nie przerywa już zadania, więc Edward może improwizować, a gracz nie musi powtarzać spaceru tylko dlatego, że strażnik odwrócił głowę o sekundę wcześniej.
Tempo na tym zyskuje, choć cięcia nie zawsze są eleganckie. Usunięcie współczesnej warstwy pozostawiło w fabule widoczne szwy. Edward nadal trafia do abstrakcyjnych przestrzeni po ważnych zabójstwach, a nowe szczeliny Animusa pokazują alternatywne warianty wydarzeń, zakładając znajomość mitologii serii. Dla weteranów to mrugnięcie okiem, dla nowych moment, w którym gra zaczyna mówić przez sen.
Znacznie lepiej wypadają nowe zadania, trzej oficerowie możliwi do zwerbowania na Jackdawa i dodatkowy rozdział po dawnym finale. Nowe sceny nagrano z udziałem Matta Ryana i części dawnej obsady, więc nie brzmią jak materiał doklejony przez ludzi szukających hasła do starego projektu. Nie wszystkie zostaną w pamięci, ale dobrze pasują do świata i nadają załodze więcej osobowości.







Sam Edward lepiej radzi sobie w codziennych obowiązkach pirata. Może przykucnąć, samodzielnie skakać, sprawniej zmieniać kierunek podczas parkouru i wykorzystywać pogodę podczas infiltracji. Poruszanie jest płynniejsze, choć Kenway nadal czasem wybiera miejsce podyktowane własnymi przekonaniami artystycznymi. Seria Assassin’s Creed od zawsze miała szczególną relację z krawędziami. Człowiek wskazywał gałąź, bohater widział przepaść i uznawał, że właśnie tam czeka przeznaczenie.
Ubisoft wraca na Karaiby, wymienia olinowanie, szoruje pokład i wyrzuca za burtę część najbardziej irytującego bagażu
Walkę przebudowano wokół parowania, ciężkich ciosów i efektownych egzekucji. Idealna parada otwiera przeciwnika na natychmiastowe zabójstwo, a eliminacje można łączyć w widowiskowe sekwencje. Linka z ostrzem, pistolety i nowe ruchy dodają starciom dynamiki. Nie oznacza to jednak, że stały się wymagające. Okno na paradę jest hojne, wrogowie często czekają na swoją kolej, a na normalnym poziomie trudności Edward szybko zamienia się w skrzyżowanie Errola Flynna z operatorem kombajnu.
Namierzanie nie zawsze pomaga. Potrafi zainteresować się przeciwnikiem po drugiej stronie pokładu, ignorując trzech żołnierzy próbujących przerobić Edwarda na dekorację dziobową. Sztuczna inteligencja także pamięta starsze czasy. Strażnicy nie należą do ludzi dociekliwych, a skradanie pozostaje przyjemną możliwością, nie filarem wymagającym planowania. Kiedy sytuacja się komplikuje, łatwiej wyciągnąć miecz i rozwiązać problem metodą, którą Hollywood nazywa choreografią.
Prawdziwą gwiazdą nadal jest Jackdaw. Rozwój statku pozostaje jednym z najbardziej satysfakcjonujących systemów w otwartych światach Ubisoftu. Każde zwycięstwo dostarcza surowców do ulepszeń, a każde ulepszenie zachęca, by zaatakować coś większego. Minuty zamieniają się w godziny, bo na horyzoncie zawsze jest okręt, którego zatopienie wydaje się rozsądnym pomysłem. Przynajmniej, dopóki nie okazuje się, że miał lepiej uzbrojonych kolegów.
Bitwy morskie wzbogacono o nowe rodzaje uzbrojenia, ręczne celowanie i zdolności oficerów. Ważniejsze, że ich podstawowy rytm nadal działa: ustawienie burty, salwa, zwrot, unik, przyspieszenie i abordaż. Wszystko jest czytelne, efektowne i wystarczająco zręcznościowe, by zwycięstwo nie przypominało rozliczenia arkusza kalkulacyjnego. Po trzynastu latach trudno wskazać grę, która robiłaby to wyraźnie lepiej. Skull and Bones próbowało, ale przypominało kogoś, kto odziedziczył rodzinny przepis, wyrzucił najważniejszy składnik i zdziwił się, że goście jedzą bez entuzjazmu.
Karaiby zbudowano od nowa na współczesnej wersji silnika Anvil i różnicę widać natychmiast, lecz technologia pozostaje na właściwym miejscu. Nie chodzi o liczenie promieni odbitych od klamry Edwarda, ale o światło przechodzące przez liście, ciężar burzy, mokry pokład i wodę, która wreszcie zachowuje się jak żywioł, nie niebieska podłoga z animowaną teksturą. Na konsolach tryb 60 fps nadaje walce, parkourowi i żegludze potrzebne tempo. Wariant 40 fps dla ekranów 120 Hz rozsądnie godzi płynność z bogatszą oprawą.
Nie wszystko lśni równomiernie. Zdarzają się problemy z doczytywaniem obiektów i tekstur, nierówne animacje, nieposłuszne punkty interakcji czy statki pojawiające się z energią sąsiada, który usłyszał otwieranie grilla. Odległość rysowania rozczarowuje szczególnie wtedy, gdy przez lunetę wypatrujemy celu. To nie katastrofa, lecz przypomnienie, że pod nowym kadłubem pracuje stara maszyna.
Assassin’s Creed Black Flag Resynced nie pokazuje, jak seria powinna wyglądać w przyszłości. Przypomina raczej, dlaczego kiedyś działała tak dobrze. Ma wyrazistego bohatera, klarowną fantazję, świat duży, lecz nie przytłaczający, oraz aktywności wynikające z miejsca akcji, nie z zebrania działu retencji użytkownika.
Ubisoft nie odkrywa tu nowego kontynentu. Czyści stary port, wymienia spróchniałe deski i zawiesza kilka lamp. Konstrukcja nadal skrzypi, ale gdy Jackdaw wypływa nocą na otwarte morze, załoga zaczyna śpiewać, a na horyzoncie zbierają się chmury, łatwo zapomnieć, że mieliśmy tylko sprawdzić jedną misję. Najlepszy Assassin’s Creed w historii doczekał się godnego powrotu.
Werdykt
NASZYM ZDANIEM
Stary pirat dostał nowy statek i choć czasem nadal potyka się o własną drewnianą nogę, trudno nie zostać z nim do ostatniej szanty.
Plusy
Wspaniale odtworzone Karaiby. Nadal znakomite bitwy morskie. Lepsze tempo i ograniczenie najbardziej męczących misji. Udane rozszerzenie historii. Charyzmatyczny Edward Kenway.
Minusy
Poziom sztucznej inteligencji. Okazjonalnie niesforny parkour i namierzanie. Widoczne techniczne szwy.



