Minęły prawie trzy lata od That! Feels Good, a Jessie Ware nie próbuje udawać, że świat przez ten czas stał się prostszy. Na Superbloom nie ucieka w fantazję – raczej sprawdza, co zostaje, kiedy opadnie kurz. I co ciekawe, wciąż da się przy tym tańczyć.
Nowy album to naturalna kontynuacja kierunku, który Ware obrała kilka lat temu, ale z wyraźnym przesunięciem akcentów. Jest groove, są echa soulu lat 70. i puls disco, ale zamiast flirtu z klubową eskapadą pojawia się coś bardziej przyziemnego: relacje, bliskość, cielesność. Nie jako hasła, tylko jako doświadczenie – trochę mniej błysku, trochę więcej ciężaru.
Singlowe „Automatic”, „Ride” i „I Could Get Used To This” dobrze ustawiają ton całości. To nadal muzyka, która pracuje w rytmie ciała, ale nie próbuje go zagłuszyć. Ware śpiewa o miłości, która już jest, i o tym, co się dzieje, kiedy zaczynasz się bać, że możesz ją stracić. Bez dramatyzowania, raczej z akceptacją, że to część układu.
Za brzmienie odpowiada sprawdzony zestaw nazwisk. Wraca James Ford, pojawiają się m.in. Stuart Price i Jon Shave (kojarzony z projektami dla Charli XCX), a całość spina miks Bena Baptie. To słychać – produkcja jest dopracowana, ale nie sterylna. Zostawia miejsce na emocje, nie zamienia ich w dekorację.
Ciekawym wątkiem jest też kontrola twórcza. Ware ponownie sama pełniła rolę A&R, co w praktyce oznacza jedno: to bardzo autorski materiał. Bez kompromisów, ale też bez potrzeby udowadniania czegokolwiek. Nawet w warstwie koncepcyjnej – z inspiracją figurą Junony – nie chodzi o wielkie gesty, tylko o znalezienie własnej wersji siły i pewności siebie.
Superbloom jest już dostępne w streamingu, na CD i winylu.



