To nie jest film, który się ogląda. To film, który wsiąka w organizm i zostaje tam dłużej. Pulsuje tempem ucieczki, nerwem decyzji podejmowanych za późno i ciszą po nich. One Battle After Another od pierwszych minut ustawia widza w stanie gotowości – jakby za chwilę miało wydarzyć się coś, co już się wydarzyło, tylko jeszcze nie dotarło do świadomości. Paul Thomas Anderson nie buduje tu tezy ani manifestu. Buduje napięcie, które przypomina życie w świecie, gdzie wszystko jest polityczne, nawet oddech.
To pierwszy raz, kiedy Paul Thomas Anderson naprawdę wychodzi z XX wieku. Przez dekady był kronikarzem dawnych obsesji – religii sukcesu, męskiej dominacji, przemocy ukrytej w mitach Ameryki. Tutaj po raz pierwszy patrzy wprost na świat po pęknięciu: paranoiczny, spolaryzowany, duszny. I robi to nie z pozycji pamflecisty, ale humanisty, który rozumie, że żadna ideologia nie istnieje bez ludzi, a żadna rewolucja bez kosztu emocjonalnego.
Ten film ma w sobie coś z wielkiego, nowoczesnego eposu – nie dlatego, że jest głośny, ale dlatego, że ciągle płynie. Kamera sunie przez miasta i pustynie, przez wnętrza i granice, przez ciała w biegu. Sekwencje pościgów – zwłaszcza te na otwartej przestrzeni – są jednymi z najbardziej hipnotyzujących, jakie Anderson kiedykolwiek nakręcił. Jest w nich monumentalność There Will Be Blood, ale też nerwowość współczesnego thrillera, w którym nikt nie ma czasu się zatrzymać, bo zatrzymanie oznacza schwytanie.
W centrum tego chaosu stoi Bob – w interpretacji Leonardo DiCaprio być może najbardziej rozchwianej, zmęczonej i ludzkiej w jego karierze. To bohater, który nie jest liderem ani wizjonerem, raczej kimś, kto próbuje nadążyć za własnym sumieniem. DiCaprio gra go jak człowieka w permanentnym stanie alarmowym – biegnącego, chowającego się, mylącego tropy, ale też rozpaczliwie próbującego być ojcem. Relacja z córką – graną z imponującą dojrzałością przez Chase Infiniti – jest emocjonalnym kręgosłupem filmu. To ona niesie przyszłość, której starsze pokolenia już nie potrafią unieść.
Obok nich pojawia się Perfidia Beverly Hills, magnetycznie opowiedziana przez Teyanę Taylor – postać jednocześnie wyzwolona i autodestrukcyjna, rewolucyjna i hedonistyczna, symbol nie tyle idei, co ceny, jaką płaci się za życie na skraju. Jej relacja z pułkownikiem Lockjawem, granym przez Seana Penna, to jedno z najbardziej niepokojących studiów władzy, fetyszyzacji i przemocy w kinie ostatnich lat. Penn jest tu groteskowy, przerażający i momentami niemal slapstickowy – jakby Anderson celowo obnażał absurd supremacji, zanim pokaże jej realne konsekwencje.
Całość spaja muzyka Jonny’ego Greenwooda – jedna z jego najbardziej subtelnych, a jednocześnie najbardziej niepokojących partytur. Smyczki, fortepian, gitara pojawiają się jak myśli, które trudno uciszyć. To nie soundtrack, który prowadzi emocje za rękę – raczej taki, który je podkopuje, wprowadza dysonans, sprawia, że nawet chwile ciszy są gęste od napięcia.
To kino polityczne, ale nie dydaktyczne. Anderson nie daje prostych odpowiedzi, nie buduje jednoznacznych bohaterów. Rewolucjoniści są tu zmęczeni, czasem nieskuteczni, czasem naiwni. Faszyści – karykaturalni, ale groźni. Najważniejsze pytanie filmu nie brzmi jednak „kto ma rację?”, tylko „co zostaje po kolejnej walce?”. I odpowiedź jest gorzka: trauma, niepewność, dzieci, które muszą żyć z decyzjami rodziców.
To jedno z tych dzieł, które nie tylko ogląda się dwa razy, ale które zostają w głowie jak puls. Kino większe niż chwila, a jednocześnie boleśnie zanurzone w teraz. Jeśli to jest odpowiedź Andersona na pytanie, jak widzi świat XXI wieku – jest to odpowiedź pełna strachu, czułości i dziwnej, upartej nadziei. I chyba właśnie takiej dziś najbardziej potrzebujemy.



