Black Edition to jedna z tych nazw, które przemysł motoryzacyjny odkrywa regularnie, podobnie jak Hollywood co kilka lat przypomina sobie, że widzowie lubią Batmana. Wystarczy pomalować kilka elementów na czarno, przyciemnić szyby, dorzucić odpowiednie felgi i gotowe. Porsche podeszło jednak do tematu uczciwiej. Cayenne Black Edition nie jest wyłącznie kosmetycznym DLC, lecz bogato wyposażoną odmianą zwykłego Cayenne.
W testowanym samochodzie efekt jest wyjątkowo konsekwentny. Lakier Chromite Black Metallic, czarne lusterka, listwy i oznaczenia, przedni pas SportDesign oraz 21-calowe obręcze RS Spyder Design wyglądają tak, jakby ktoś na stałe włączył w konfiguratorze tryb nocny. Mogłoby się zrobić ciężko i tuningowo, ale Cayenne unika estetyki samochodu zaparkowanego przed klubem fitness o nazwie Imperium. Jest muskularne, lecz nie ostentacyjne.
Bazowa cena Black Edition wynosi 548 000 PLN, a testowany egzemplarz kosztuje 563 497 PLN. Z dodatkowych 15 497 PLN większość pochłonęły wentylowane fotele, czterostrefowa klimatyzacja i dźwiękochłonne szyby. Reszta istotnego wyposażenia jest już na pokładzie: pneumatyczne zawieszenie z PASM, 14-kierunkowe fotele, adaptacyjny tempomat, kamery 360 stopni, Bose, bezkluczykowy dostęp i miękkie domykanie drzwi. Po odebraniu auta nie odkryjesz więc, że za pół miliona kupiłeś wybitnie prowadzący się lokal użytkowy.
Wnętrze powstało według rozsądnej odmiany cyfrowej religii. Przed kierowcą znajduje się zakrzywiony ekran wskaźników o przekątnej 12,6 cala, pośrodku 12,3-calowy wyświetlacz multimediów, ale samochód nie wygląda jeszcze jak stoisko z telewizorami podczas wyprzedaży. Grafika jest ostra, reakcje szybkie, a centralny obrotomierz przypomina, że siedzimy w Porsche, a nie w tablecie z bardzo drogim uchwytem na kubek.
Nie wszystko jest równie udane. Dźwignię automatu przeniesiono obok kierownicy, lecz tradycyjną stacyjkę po lewej stronie zastąpił zwykły przycisk. Spełnia swoją funkcję, tylko szkoda małego rytuału odróżniającego Porsche od samochodu służbowego przedstawiciela handlowego. Temperaturę nadal zmienia się prawdziwymi przełącznikami, ale niżej umieszczono płaskie pola dotykowe wymagające oderwania wzroku od drogi. Branża motoryzacyjna wciąż bohatersko rozwiązuje problem, który wcześniej nie istniał.
Fotele są szerokie, wygodne i regulowane w tylu kierunkach, że przez pierwsze kilometry człowiek podejrzewa, iż idealna pozycja znajduje się jeszcze o dwa kliknięcia dalej. Jakość wykonania pozostaje jedną z najmocniejszych stron Cayenne. Jest skóra, szczotkowane aluminium, dobre tworzywa i solidność, którą bardziej się czuje, niż fotografuje.

Pod maską pracuje trzylitrowe, turbodoładowane V6 rozwijające 353 KM i 500 Nm. Napęd trafia na wszystkie koła przez ośmiobiegowy automat. Samochód waży 2 055 kg i przyspiesza do 100 km/h w 6 sekund, więc liczby są dobre, lecz nie takie, po których pasażer zaczyna sprawdzać, czy telefon nadal znajduje się w kieszeni. Prędkość maksymalna wynosi 248 km/h, co pozostaje informacją akademicką, chyba że spóźniasz się na spotkanie we Frankfurcie.
V6 nie urządza przedstawienia przy każdym mocniejszym wciśnięciu gazu, ale płynnie i zdecydowanie rozpędza duży samochód, szczególnie w średnim zakresie obrotów. Jest wystarczająco mocne do każdego rozsądnego zastosowania, lecz niekoniecznie takie, które samo uzasadnia napis Porsche na masce. Wysoko na obrotach słychać jednak, że musi solidnie zapracować. Automat pasuje do niego niemal idealnie: podczas spokojnej jazdy zmienia przełożenia bez zwracania na siebie uwagi, a po użyciu łopatek reaguje na tyle szybko, by nie zamieniać krętej drogi w korespondencyjną partię szachów.
Nie jest najszybszym ani najbardziej widowiskowym Cayenne. Jest za to jednym z najbardziej kompletnych
Największy argument pojawia się jednak w zakrętach. Cayenne ma 493 cm długości, prawie dwa metry szerokości bez lusterek i ponad 2,1 metra z nimi, lecz zza kierownicy sprawia wrażenie samochodu o rozmiar mniejszego. Układ kierowniczy działa precyzyjnie i z naturalnym oporem, nadwozie nie wykonuje zbędnych ruchów, a hamulec ma przewidywalną reakcję. To nie jest SUV, który na prostej tuszuje kilogramy mocą, a w pierwszym łuku przypomina sobie pełną treść dowodu rejestracyjnego.
Testowy samochód nie ma skrętnej tylnej osi ani aktywnej stabilizacji przechyłów PDCC. Ma za to adaptacyjne zawieszenie pneumatyczne z PASM i to ono odpowiada za znaczną część repertuaru Cayenne. W spokojnym ustawieniu samochód wygładza drogę z elegancją oczekiwaną w luksusowym SUV-ie, choć nie odcina kierowcy od nawierzchni. W bardziej sportowym trybie nadwozie zostaje wyraźnie uspokojone, a reakcje stają się szybsze, bez przemiany kabiny w wózek sklepowy jadący po kostce brukowej.
Na 21-calowych kołach nie da się całkowicie usunąć informacji o poprzecznych nierównościach, ale pneumatyka zabiera im najbardziej nieprzyjemną część. Dźwiękochłonne szyby pomagają na szybkich trasach, gdzie V6 schodzi na dalszy plan, a rozmowa nie wymaga poziomu głosu używanego podczas rodzinnej kłótni w restauracji. Na autostradzie Cayenne jedzie spokojnie jak luksusowy krążownik, ale nie usypia kierowcy warstwami izolacji.

W mieście fizyka odzyskuje część praw. Średnica zawracania wynosi 12,1 m, a szerokość z lusterkami 2 194 mm. Kamery 360 stopni nie są tu gadżetem, lecz wyposażeniem równie zasadnym jak kierownica. Ciasny parking podziemny szybko przypomina, że Cayenne tylko prowadzi się jak mniejszy samochód.
W zamian dostajemy pięć pełnowartościowych miejsc i 698 litrów bagażnika. Tylna kanapa może przewieźć dorosłych bez negocjacji pokojowych o miejsce na nogi, a maksymalna masa przyczepy z hamulcem wynosi 3,5 tony. Cayenne naprawdę potrafi być rodzinnym SUV-em, a nie tylko wysokim samochodem sportowym, którego bagażnik zaprojektowano pod torbę na kask i kartę kredytową.
Pozostaje spalanie. Homologacyjne 10,9 l/100 km nie jest liczbą subtelną, a miejski wynik WLTP rośnie do 15,6 l. Zbiornik mieści 90 litrów benzyny 98-oktanowej, więc samochód nie wymaga postoju przy każdej stacji, ale rachunki nie pozwolą zapomnieć, że poruszamy ponad dwiema tonami metalu za pomocą silnika benzynowego.
Black Edition nie udaje limitowanego dzieła sztuki ani ekstremalnej wersji dla kierowcy, który co sobotę mierzy czas przejazdu po obwodnicy. To po prostu rozsądnie złożone Cayenne z bazowym silnikiem, bardzo dobrym zawieszeniem i większością wyposażenia, które warto mieć. V6 nie daje emocji odpowiadających każdej złotówce z 563 497 PLN, ale całe auto ma mało słabych punktów. Jest szybkie, wygodne, praktyczne i prowadzi się lepiej, niż pozwalałaby na to jego masa.
Nie jest to najbardziej ekscytujące Cayenne. Może jednak być tym, z którym najłatwiej żyć – pod warunkiem, że wcześniej nauczymy się żyć z jego ceną.
Specyfikacja
- CENA MODELU TESTOWEGO 563 497 PLN
- SILNIK benzynowy, AWD
- MOC 353 KM
- PRĘDKOŚĆ MAKSYMALNA 248 km/h
- 0-100 KM/H 6,0 sekundy
- ZUŻYCIE W CYKLU MIESZANYM (WLTP) 10,9 l/100 km
Werdykt
NASZYM ZDANIEM
Cayenne Black Edition zakłada czarny garnitur nie po to, by wyglądać groźnie, lecz żeby nikt nie zauważył, jak sprawnie nagina prawa fizyki i domowy budżet.
Plusy
Wyjątkowo udane połączenie komfortu i prowadzenia. Bogate, sensownie dobrane wyposażenie standardowe. Świetna jakość kabiny i duża praktyczność. Kulturalny napęd i bardzo dobra skrzynia.
Minusy
V6 ma za mało charakteru jak na samochód za ponad pół miliona. Wysokie spalanie i koszty użytkowania. Dotykowy panel na konsoli wymaga zbyt dużo uwagi. Gabaryty wyraźnie odczuwalne w mieście.



