Planescape: Torment and Icewind Dale: Enhanced Editions to zestaw, przy którym recenzent zaczyna podejrzewać, że ocena punktowa jest formą przemocy. Bo jak właściwie ocenić dwie gry sprzed ponad dwóch dekad, wydane ponownie siedem lat temu, dziś trafiające na biurko nie jako gorąca premiera, lecz jako kapsuła czasu z czasów, gdy RPG-i nie bały się ani tekstu, ani tabelek, ani tego, że gracz będzie musiał przez kwadrans czytać rozmowę z latającą czaszką? Można oczywiście machnąć ręką i powiedzieć: klasyka, proszę klękać. Można też obrazić się, że interfejs skrzypi, animacje są sztywne, a tempo momentami przypomina kolejkę na poczcie w grudniu. Prawda, jak zwykle, siedzi gdzieś pośrodku, zapewne w Sigil, między jednym wymiarem a drugim.
Ten pakiet łączy dwie gry o wspólnym rodowodzie, ale zupełnie innym temperamencie. Icewind Dale (80/100) jest bardziej tradycyjną kampanią Dungeons & Dragons: drużyna, śnieg, tawerna, wyprawa, potwory i walka, która lubi sprawdzić, czy naprawdę rozumiesz, co znaczy rzut obronny. To klasyczna fantasy wyprawa w grubych butach, z mieczem w dłoni i termosem cierpliwości. Nie ma w niej takiej literackiej ekstrawagancji jak w drugim tytule z zestawu, ale ma rytm starego, dobrego dungeon crawlera, który nie przeprasza za to, że wymaga planowania. Tworzenie drużyny, ustawianie formacji, pauzowanie walki, pilnowanie magów i łotrzyków – wszystko to nadal daje satysfakcję, choć bywa też brutalnym przypomnieniem, że dawniej „przystępność” oznaczała najwyżej to, że instrukcja miała mniej niż sto stron.
Planescape: Torment (95/100) jest zupełnie inną bestią. Formalnie to ten sam izometryczny świat AD&D, ale duchowo bliżej mu do filozoficznej powieści niż do klasycznej przygody o ratowaniu świata przed wielkim złym czymś. Budzimy się jako Bezimienny w kostnicy, nie wiemy kim jesteśmy, nie umiemy porządnie umrzeć, a pierwszym sensownym towarzyszem zostaje pyskata czaszka Morte. Już ten zestaw mówi sporo: to gra, która od pierwszych minut nie chce być wygodną fantazją o bohaterstwie. Bardziej interesuje ją pamięć, wina, tożsamość i pytanie, ile razy można zacząć od nowa, zanim przestanie się być sobą. Brzmi ciężko, ale Planescape ma też cudownie czarny humor, absurd i dziwność, której nie da się podrobić samym „ambitnym scenariuszem”. To świat, w którym metafizyka idzie pod rękę z groteską, a rozmowa potrafi być ważniejsza niż walka. Wystarczy powiedzieć, że tekstu w grze jest około 800 tysięcy słów. Dla porównania wszystkie części Harry’ego Pottera razem wzięte to 1,1 miliona słów.




I właśnie dlatego ten zestaw jest nierówny, ale fascynujący. Icewind Dale pokazuje, jak sprawnie działała klasyczna szkoła komputerowego D&D, gdy najważniejsze były drużyna, taktyka i zimny wiatr w uszach. Planescape: Torment pokazuje, że gry już w 1999 roku potrafiły opowiadać rzeczy, których kino i literatura nie musiałyby się wstydzić. Różnica polega na tym, że dziś pierwsza gra broni się głównie jako solidna przygoda dla cierpliwych fanów gatunku, a druga nadal potrafi zrobić w głowie małe trzęsienie ziemi. Nie dlatego, że dobrze się zestarzała we wszystkim. Nie. Zestarzała się. Ale jej najważniejsze organy nadal pracują.
Enhanced Editions są remasterami w znaczeniu bardzo użytkowym. Nie przebudowują tych gier od fundamentów, nie zakładają im nowej twarzy i nie udają, że mamy do czynienia z czymś współczesnym. Dają wyższą rozdzielczość, wygodniejsze skalowanie, poprawki jakości życia, lepszą kompatybilność, pełne dodatki oraz odrestaurowane, wycięte fragmenty. Na konsoli można dodatkowo obsłużyć gry padem. Nie zawsze elegancko, nie zawsze intuicyjnie, czasem z uczuciem, że próbujemy jeść ramen rękawicami bokserskimi, ale da się. Menu bywa toporne, zarządzanie drużyną wymaga przyzwyczajenia, a stare filmiki wyglądają na dużym ekranie tak, jak wspomnienia z podstawówki oglądane w 4K: wzruszająco, ale bezlitośnie.
W tym tkwi siła tego pakietu. To nie jest propozycja dla każdego, choć paradoksalnie każdy, kto interesuje się historią RPG-ów, powinien przynajmniej spróbować. Remaster nie czyni z nich produkcji nowoczesnych. Czyni je grywalnymi. I w tym przypadku to wystarcza, żeby zrozumieć, dlaczego legenda nadal oddycha.

Werdykt
NASZYM ZDANIEM
To zestaw, który nie wygrywa z czasem na pięści, tylko siada z nim przy stole, zamawia coś mocnego i zaczyna rozmowę o tym, kim byliśmy, zanim zdążyliśmy się zestarzeć.
Plusy
Planescape: Torment wciąż należy do najwybitniej napisanych RPG-ów w historii. Pełna zawartość obu gier. Klimat, dialogi i świat.
Minusy
Interfejs i obsługa padem bywają toporne. Tempo oraz systemy mogą odstraszyć nowych graczy. Niepotrzebne łączenie dwóch produkcji.



