Qashqai od lat jest czymś w rodzaju Coldplaya świata crossoverów – można się zżymać, że to wybór zbyt oczywisty, ale trudno udawać, że nie rozumie się jego popularności. Nissan trafił nim kiedyś idealnie w moment, w którym rodziny przestały marzyć o kombi, a zaczęły chcieć siedzieć wyżej, patrzeć dalej i czuć się bezpieczniej. Problem w tym, że sama legenda segmentu nie wystarcza, kiedy konkurencja nie śpi, a hybrydy Toyoty, Hyundaia czy Kii od dawna rozdają karty w codziennym użytkowaniu. Dlatego Qashqai e-Power musiał w końcu przestać być ciekawostką techniczną i zacząć być po prostu bardzo dobrym autem. I mam wrażenie, że właśnie to się wydarzyło.
Najciekawsze w tym aucie nadal jest to, że Nissan uparcie idzie własną drogą. E-Power nie działa jak klasyczna hybryda, w której raz jedzie silnik spalinowy, raz elektryczny, a czasem oba naraz. Tutaj koła napędza wyłącznie motor elektryczny, a benzynowy trzycylindrowiec pełni rolę generatora. Brzmi to trochę jak obejście zasad gry, ale na co dzień ma większy sens, niż mogłoby się wydawać. Qashqai rusza gładko, reaguje na gaz natychmiast i w miejskim ruchu potrafi sprawiać wrażenie auta elektrycznego, które po prostu nie musi oglądać się za ładowarką. To realna różnica odczuwalna już na pierwszych światłach.
Wcześniej ten układ miał jedną wadę, która potrafiła zepsuć cały czar. Przy mocniejszym przyspieszaniu i wyższych prędkościach silnik spalinowy dawał o sobie znać zbyt wyraźnie, a obietnica „EV-like” zaczynała brzmieć trochę jak firmowa prezentacja puszczona za głośno na targach motoryzacyjnych. Po modernizacji jest wyraźnie lepiej. Obecna generacja e-Power jest cicha, dopracowana i zwyczajnie bardziej dojrzała. Pod maską nadal pracuje 1,5-litrowy, trzycylindrowy benzyniak turbo, ale cały układ został lepiej zintegrowany, odchudzony i wyraźnie lepiej wygłuszony. Efekt jest taki, że podczas normalnej jazdy silnik przestaje być głównym bohaterem. I bardzo dobrze, bo nigdy nie powinien nim być.
To nie znaczy, że Qashqai nagle zamienia się w sportowca. Moc rzędu około 190 KM brzmi obiecująco, ale ten samochód najlepiej czuje się nie wtedy, gdy ktoś próbuje nim udowodnić coś na lewym pasie, tylko wtedy, gdy robi to, do czego został stworzony. Dojazd do pracy, szkoła, zakupy, wypad za miasto, miejska dżungla, ekspresówka, trochę korka, trochę życia. W takim rytmie e-Power wypada bardzo przekonująco. Ma przyjemną, liniową reakcję na gaz, nie szarpie, nie miesza biegami i daje ten miły rodzaj lekkości, którego często brakuje klasycznym hybrydom. Jeśli ktoś szuka rodzinnego SUV-a, który nie zamienia każdego poranka w negocjacje z CVT, Nissan ma tu wreszcie bardzo mocny argument.

Poprawiła się również efektywność. Poprzednie e-Powery bywały rozsądne w mieście, ale na trasie potrafiły gubić sens całej koncepcji. Teraz spalanie wygląda bardziej wiarygodnie. W zależności od stylu jazdy można mówić o realnych wynikach w okolicach 5-5,5 l/100 km, a przy spokojniejszej jeździe da się zejść niżej. To może nie jest nokaut wymierzony wszystkim rywalom, ale najważniejsze, że Qashqai przestał przegrywać tę konkurencję już na starcie. Wreszcie da się o nim myśleć nie jak o ciekawym wyjątku, tylko jak o pełnoprawnej opcji.
Sam samochód też dojrzał. Po liftingu wygląda nowocześniej, trochę ostrzej, bardziej pewny siebie. Qashqai nadal nie sili się na agresję, tylko gra estetyką schludnego, dobrze skrojonego crossovera. W środku też jest lepiej niż kiedyś. Materiały i ogólne wykończenie robią dobre wrażenie, ergonomia pozostała sensowna, a fizyczne sterowanie klimatyzacją wypada dziś jak mały akt obywatelskiego nieposłuszeństwa wobec mody na wszystko-w-
-ekranie. I chwała za to.
Nie wszystko jest jednak idealne. Przestrzeń z tyłu nadal jest bardziej „wystarczająca” niż imponująca. Dla pary albo rodziny z małym dzieckiem ten samochód będzie jak najbardziej w porządku, ale jeśli ktoś planuje regularnie wozić dorosłych pasażerów, fotelik i pół życia w bagażniku, szybko zauważy granice tego segmentu. Sam kufer też potrafi być mniej pojemny, niż sugerowałaby sylwetka auta. Qashqai jest praktyczny, ale nie jest mistrzem pakowności.
Testowa, wysoka wersja N-Design wyposażona jest w 20-calowe felgi ze stopu metali lekkich. To oczywiście służy wizualnej stronie auta, ale powoduje, że na krótkich nierównościach auto jest lekko nerwowe. W mieście i na gorszym asfalcie czuć, że Nissan chciał zachować odrobinę zwinności i kontroli, czasem kosztem miękkości. Dobrze natomiast, że układ kierowniczy jest lekki, naturalny i nie zmienia manewrowania po parkingu w ćwiczenie z cierpliwości.

Sporo dobrego można powiedzieć o systemach wsparcia kierowcy. Qashqai nie należy do tych aut, które co pięć sekund próbują cię wychowywać pikaniem, szarpaniem kierownicy i pasywno-agresywną elektroniką. Asystenci działają dojrzale, tempomat adaptacyjny i utrzymanie pasa nie robią z człowieka statysty we własnym samochodzie, a to w 2026 roku staje się wartością samą w sobie. Infotainment także wreszcie przestał odstawać – na początku wydawało mi się, że będzie za mały, w praktyce idealnie spełniał swoją funkcję, nie przytłaczając wnętrza. Łączność z Apple CarPlay i Android Auto działa, system jest bardziej współczesny niż kiedyś, choć nie zawsze zachwyca logiką obsługi. To raczej sprzęt z kategorii „działa i nie przeszkadza” niż technologiczny popis. W aucie rodzinnym to często komplement.
Największy problem pozostaje właściwie ten sam co wcześniej: cena. Qashqai e-Power jest dziś autem znacznie lepszym niż był, ale nadal nie zawsze jest okazją. W bogatszych wersjach zbliża się do poziomu, przy którym klient zaczyna zerkać na większe SUV-y, lepiej wyposażonych rywali albo po prostu samochody, które oferują więcej przestrzeni za podobne pieniądze. I tu Nissan musi uważać, bo świetnie dopracowany układ napędowy nie załatwia wszystkiego. Najwięcej sensu Qashqai ma tam, gdzie uda się go kupić w rozsądnej wersji wyposażenia, bez przepłacania za ozdobniki, które niewiele zmieniają w codzienności.
A codzienność to właśnie miejsce, w którym ten samochód błyszczy najmocniej. Qashqai e-Power nie jest rewolucją, nie jest najbardziej ekscytującym autem w klasie i nie próbuje udawać, że weekendowy wypad do Ikei to Rajd Monte Carlo. Jest za to bardzo spójnym, bardzo dopracowanym i po prostu przyjemnym w użyciu, rodzinnym SUV-em, który w końcu dowiózł obietnicę swojej technologii. To auto dla ludzi, którzy chcą od motoryzacji trochę świętego spokoju, ale nie chcą przy tym czuć, że kupili lodówkę na kołach. A to, wbrew pozorom, wcale nie jest łatwa sztuka.
Specyfikacja
- CENA MODELU TESTOWEGO 203 950 PLN
- SILNIK 1.5 e-POWER
- MOC 190 KM
- PRĘDKOŚĆ MAKSYMALNA 170 km/h
- 0-100 KM/H 7,9 sekundy
- ZUŻYCIE W CYKLU MIESZANYM (WLTP) 4,5 l/100 km
Werdykt
NASZYM ZDANIEM
Qashqai e-Power wreszcie przestał być świetnym pomysłem na slajdzie i stał się bardzo dobrym samochodem w prawdziwym życiu.
Plusy
Bardzo dopracowany, cichy i płynny napęd e-Power. Wrażenie jazdy zbliżone do auta elektrycznego. Dobre wyciszenie i wysoka kultura użytkowania. Sensowna ergonomia i poprawiony system multimedialny. Dojrzałe systemy bezpieczeństwa bez nadmiaru irytacji.
Minusy
Cena w wyższych wersjach nadal potrafi zaboleć. Tylna kanapa i bagażnik nie imponują przestronnością. Na dużych felgach zawieszenie bywa zbyt nerwowe. To bardziej sprinter codzienności niż mistrz autostradowego wyprzedzania.



