Życie przyspiesza bez pytania. Najpierw wszystko jest lokalne, znajome, trochę za małe. Potem nagle robi się duże – za duże – i zaczynasz tęsknić za tym, co jeszcze chwilę temu było powodem, żeby uciec. The Great Divide zaczyna się dokładnie w tym miejscu, gdzie sukces przestaje być historią do opowiadania innym, a zaczyna być czymś, co trzeba poukładać w sobie.
Noah Kahan nie udaje, że go to nie dotyczy. Po Stick Season mógł pójść w stronę większych refrenów i prostszych emocji, ale zamiast tego zagląda głębiej. Jego pisanie jest bardziej precyzyjne, mniej rozproszone, jakby nauczył się, że nie każdą myśl trzeba wypowiadać od razu. Nadal jest w tym dużo wrażliwości, ale nie tej bezradnej – raczej takiej, która już coś rozumie, nawet jeśli nie potrafi tego do końca nazwać.
Najciekawsze w tej płycie jest to, że ona nie próbuje uciec ani do przodu, ani do tyłu. Utknęła gdzieś pomiędzy. Między małym miasteczkiem a światem, który nagle chce cię słuchać. Między ludźmi, którzy znają cię od zawsze, a tymi, którzy znają tylko twoje piosenki. Między wdzięcznością a poczuciem, że coś po drodze zostało uproszczone, może nawet sprzedane za cenę, której nie da się już cofnąć.
Muzycznie to nadal folk-pop, który nie próbuje być bardziej „artystyczny”, niż jest. Różnica polega na tym, że teraz jest tu więcej warstw. Produkcja oddycha szerzej, czasem wpada w klimat, który bardziej się czuje niż słyszy, a momenty ciszy są równie ważne jak te, w których wszystko rośnie do wspólnego śpiewania. Współpraca z Aaronem Dessnerem daje tej płycie kilka odcieni więcej, ale Kahan nie gubi siebie – dalej brzmi jak ktoś, kto pisze piosenki, żeby coś zrozumieć, a nie żeby coś udowodnić.
I właśnie dlatego długość tej płyty jest jednocześnie jej siłą i problemem. 77 minut to nie jest decyzja przypadkowa – to raczej próba powiedzenia wszystkiego naraz. Momentami działa, bo pozwala wejść w ten świat głębiej, poczuć jego rytm, przyzwyczaić się do niego. Ale są też chwile, kiedy zaczyna brakować powietrza. Kiedy kolejne utwory brzmią bardziej jak wariacje na temat niż osobne historie.
Nie chodzi o to, że coś jest tu słabe. Raczej o to, że nie wszystko jest potrzebne. Kahan czasem mówi za dużo, choć jego największa siła pojawia się wtedy, kiedy zostawia przestrzeń. Kiedy zamiast tłumaczyć, pozwala, żeby jedno zdanie zrobiło całą robotę.

A mimo to trudno się od tej płyty zdystansować. Bo nawet jeśli momentami się rozlewa, to robi to w sposób, który przypomina życie – nieskondensowane, nieidealne, czasem zbyt długie w swoich własnych myślach. I może właśnie dlatego trafia. Bo nie próbuje być wersją „dla wszystkich”. Jest zapisem momentu, w którym ktoś próbuje zrozumieć, gdzie właściwie jest.
I czy to miejsce w ogóle da się nazwać.
Werdykt
NASZYM ZDANIEM
Płyta, która nie skraca drogi – i choć chwilami się w niej gubisz, to właśnie dzięki temu czujesz, że naprawdę gdzieś prowadzi.
Plusy
Dojrzalsze, bardziej precyzyjne pisanie. Większa głębia i przestrzeń w produkcji. Emocjonalna wiarygodność bez przesady.
Minusy
Wyraźna nadmiarowość materiału. Momentami zlewające się utwory. Zbyt zachowawcze podejście do formy.



