Kilkanaście lat ciszy w serii Katamari to wystarczająco długo, by uznać ją za sympatyczny relikt ery minionej: kolorowy, trochę nieprzystający do dzisiejszego świata gier z checklistami i battle passami. Tymczasem Once Upon a Katamari jakiś czas temu wróciło i zachowuje się tak, jakby w ogóle nie wiedziało, że cokolwiek się zmieniło. I w tym tkwi jego największa siła. To gra, która nie goni trendów, tylko z uśmiechem je ignoruje, tocząc swoją lepką kulę przez historię ludzkości.
Punktem wyjścia jest klasyczna katastrofa autorstwa Króla Całego Kosmosu – kosmicznego ojca, który ma w sobie coś z despotycznego trenera, stand-upera i wujka z wesela, który zawsze „wie lepiej”. Tym razem w jego ręce wpada magiczny zwój i, jak można się domyślać, kończy się to dziurą w czasie i przestrzeni. Plan ratunkowy jest prosty jak zawsze: Książę ma posprzątać bałagan, podróżując przez epoki i zwijając rzeczywistość w jedną, coraz większą kulę. Logiki tu niewiele, ale sensu – zaskakująco dużo.
Podróż przez dziewięć epok to najlepsze, co mogło przydarzyć się Katamari. Gra przestaje być tylko eskalacją skali, a zaczyna bawić się kontekstem. W Japonii okresu Edo toczysz się między domami i rytuałami dnia codziennego, na Dzikim Zachodzie wciągasz saloonowy chaos razem z kieliszkami i awanturami, w starożytnej Grecji zbierasz filozofów, jakbyś kompletował skład podcastu o sensie życia. To wszystko jest absurdalne, ale jednocześnie bardzo precyzyjnie zaprojektowane – cele poziomów wynikają z miejsca i czasu, a nie są tylko kolejną wariacją na temat „zrób większą kulę”.
Mechanicznie Once Upon a Katamari pozostaje wierne fundamentom serii. Nadal zaczynasz jako mikroskopijny Książę, który odbija się od wszystkiego większego od spinacza, by kilkanaście minut później pożerać całe dzielnice. Nowością są drobne udogodnienia: uproszczone sterowanie dla nowych graczy, brdziej czytelne informacje o postępie i zestaw „freebies” – tymczasowych power-upów w rodzaju magnesu, rakiet czy stopera. To nie są rewolucje, raczej przyprawy. Nie zmieniają smaku dania, ale sprawiają, że łatwiej je polubić od pierwszego kęsa.






Najlepsze momenty gry rodzą się tam, gdzie projektanci pozwalają Katamari być sobą: gdy nagle odkrywasz idealną ścieżkę przez zatłoczony rynek, gdy kula rośnie szybciej, niż zdążyłeś zaplanować, albo gdy ostatnie sekundy odliczania zmuszają cię do desperackiego sprintu po brakujące przedmioty. To czysta, pierwotna radość z procesu.
Nie wszystko jednak toczy się idealnie gładko. Kamera, choć poprawiona, wciąż potrafi spłatać figla w ciasnych przestrzeniach, a Król – jakby na złość – uwielbia przerywać rozgrywkę komentarzami dokładnie wtedy, gdy próbujesz opanować chaos. Nowy tryb KatamariBall, sieciowa rywalizacja dla czterech graczy, jest zabawną ciekawostką, ale raczej dodatkiem niż nowym filarem doświadczenia. Fajnie spróbować, trudniej się zakochać.
Oprawa wizualna pozostaje wierna niskopoligonowej estetyce serii, co w czasach fotorealizmu działa na jej korzyść. Wszystko wygląda jak zabawki rozsypane na dywanie, a płynność animacji i ilość obiektów na ekranie robią swoje. Dopełnieniem jest muzyka – mieszanka J-popu, absurdalnych przyśpiewek i motywów, które wwiercają się w głowę szybciej niż stadionowy chant. To ścieżka dźwiękowa, która nie tylko towarzyszy grze, ale wręcz ją napędza.
Once Upon a Katamari to nie jest manifest innowacyjności. To raczej list miłosny do idei, że gry mogą być po prostu dziwne, radosne i bezpretensjonalne. W świecie, który coraz częściej traktuje rozrywkę jak obowiązek, Katamari przypomina, że czasem wystarczy poturlać się przez bałagan i dobrze się przy tym bawić.
Werdykt
NASZYM ZDANIEM
Once Upon a Katamari udowadnia, że czasem najlepszym sposobem na uratowanie świata jest zrobienie z niego jednego wielkiego bałaganu.
Plusy
Fantastyczna różnorodność epok i celów. Rdzeń rozgrywki wciąż hipnotycznie satysfakcjonujący. Świetna muzyka i niepowtarzalny klimat. Drobne usprawnienia dla początkujących. Ogromna grywalność.
Minusy
Kamera bywa kapryśna w ciasnych lokacjach. Przerywniki i komentarze Króla. KatamariBall to raczej dodatek niż pełnoprawny tryb.



