Connect with us

Cześć, czego szukasz?

Gaming

RECENZJA: Resident Evil Village

Świeże spojrzenie na survival horror, które łączy klimat wczesnych odsłon serii z dynamiczną akcją tych późniejszych.

Przy okazji czwartej odsłony Resident Evil na pewien czas odszedł od swoich survivalowych korzeni, stając się strzelanką z zombiakami i mutantami w roli głównej. Wielu fanów przekonało się do zmiany tempa rozgrywki i satysfakcjonujących, brutalnych starć w RE4, jednocześnie krytykując podejście przy częściach piątej i szóstej. Najnowsza, ósma część cyklu to bezpośrednia kontynuacja nastrojowe-go RE7, ale w przeciwieństwie do poprzednika straszy ona w zupełnie inny sposób. 

Cztery lata po wydarzeniach z „siódemki”, Ethan i Mia Winters wiodą szczęśliwe życie rodzinne ze swoją półroczną córeczką Rose. Bohaterowie starają się zapomnieć o tragicznych wydarzeniach z przeszłości, ale ich sielankę zaburza tragedia – do domu bohaterów wkraczają agenci BSAA z Chrisem Redfieldem na czele, którzy z niewyjaśnionego powodu otwierają ogień do Mii i porywają jej córkę. Sam Ethan również zostaje uprowadzony, ale przewożący go konwój ulega wypadkowi. Bohater budzi się w środku lasu gdzieś w Europie Wschodniej, samotny i zdezorientowany. Jedyny trop prowadzi do zrujnowanej wioski, nad którą góruje sylwetka potężnego zamczyska – zapomnianego przez czas miejsca, które kryje więcej mrocznych sekretów niż pamiętna farma Bakerów w Luizjanie. 

Zawiązanie fabuły stawia przed graczem sporo pytań, ale gra nie daje nam zbyt dużo czasu na zastanowienie się nad nimi: gdy na ekranie pojawia się pierwszy Lycan, czyli przypominający wilkołaka mutant, od razu staje się jasne, że w tej odsłonie Resident Evil będziemy częściej strzelać, niż uciekać. Nie znaczy to, że tytuł zupełnie odszedł od swoich survivalowych korzeni – eksploracja kolejnych zakątków tytułowej wioski i przylegających doń miejsc potrafi wciągnąć i przerazić – ale tym razem przeciwników i amunicji jest więcej, a przedzieranie się przez hordy potworów to chleb powszedni. 

Przepis na sukces jest prosty: im większym kalibrem dysponujemy, tym łatwiej ubić wilkołaka, gargulca czy zombiaka, najlepiej strzelając w głowę. Ethan potrafi także parować ciosy i robić uniki, jednak potyczki ze „zwykłymi” wrogami nie wymagają specjalnej strategii. Nieco bardziej klimatyczne są starcia z bossami, którzy mają swoje słabe punkty; im szybciej je odkryjemy i wykorzystamy, tym większa szansa na ich pokonanie. Zmienił się także charakter jumpscare’ów – w „siódemce” były one projektowane z myślą o wirtualnej rzeczywistości, subtelne i abstrakcyjne; Village zamiast tego raczy nas litrami juchy, wylewającej się z ekranu. Mniej to straszne, a bardziej obrzydliwe, ale trzeba przyznać, że skuteczne. 

W trakcie rozgrywki znajdziemy cały arsenał modyfikowalnych broni. Powraca system craftingu, jak również możliwość zakupu wyposażenia oraz poprawy bojowych umiejętności Ethana; wiele spośród tych ulepszeń powiązane zostało z postacią Księcia, tajemniczego sklepikarza, który nieco przypomina słynnego kupca z RE4. To ciekawy system pozwalający dopasować parametry i wyposażenie bohatera do naszego stylu gry oraz przygotowywać się do większych potyczek. 

Oprawa wizualna jest mocną stroną Village. Oprócz tytułowej wioski w grze zwiedzimy także kilka przyległych lokacji, od ociekającego bogactwem zamczyska Lady Dimitrescu (tak, to ta wampirzyca, która stała się perwersyjną fantazją geeków) po opuszczony dom pełen zepsutych lalek czy gigantyczną fabrykę. Każde z miejsc ma swój niepowtarzalny klimat i budzi grozę w zupełnie inny sposób, ale łączy je pieczołowitość, z jaką Capcom dopracował nawet najmniejsze szczegóły scenografii: tekstury są realistyczne, a modele obiektów i postaci – pięknie animowane. 

Na pochwałę zasługuje także oświetlenie. Jeśli dysponujemy konsolą lub pecetem obsługującym ray-tracing, nasze oczy ucieszy dynamiczna gra światłocieni, odwzorowująca każdy niespodziewany ruch i podsuwająca wyobraźni przerażające obrazy tego, co może się kryć w ciemności. Drobnym minusem jest natomiast brak polskiej wersji językowej: co prawda nie oczekiwałem (a nawet nie chciałem!) pełnego dubbingu Village, ale napisy byłyby miłym dodatkiem. 

Najnowsza część Resident Evil to swego rodzaju kompromis: mamy tu zarówno „duszący” klimat pierwszych odsłon cyklu, jak i brutalną akcję rodem z RE4. Chociaż tytuł nie jest idealny, stanowi on pozycję obowiązkową dla fanów serii oraz entuzjastów survival horroru, w szczególności, jeśli grali oni w siódmą część i chcą poznać dalsze losy głównego bohatera.

Werdykt
90

NASZYM ZDANIEM...

Village to godne zwieńczenie historii zaprezentowanej w „siódemce” i piękny prezent dla fanów serii. 

Plusy

Zagmatwana, pełna niejasności, ale i klimatyczna fabuła. Lokacje. Satysfakcjonujące starcia z bossami. Przepiękna wizualnie i dźwiękowo.

Minusy

Mniej wyrafinowany sposób straszenia. Walka z podstawowymi wrogami może nudzić.

Autor

Dobry duch i woda na młyn naszej redakcji. Pilnuje terminów, buduje treści i tworzy layout magazynu. Czasami też znajduje czas na filiżankę kawy, bez której nie wyobraża sobie życia.

Może cię też zainteresować

Moto

Work hard, ride hard – czy za kierownicą tego pikapa spełni się nasz amerykański sen?

Testy

Flagowe słuchawki z serii QuietPoint kontra zgiełk wielkiego miasta – kto zwycięży?

Testy

Odświeżony, wzmocniony i doszlifowany – oto KATCH w nowym wcieleniu!