Cadence chce zostać gwiazdą. Na początku brzmi to jak punkt wyjścia do historii lekkiej, kolorowej i odrobinę zbyt niewinnej, ale People of Note szybko pokazuje, że pod scenicznym konfetti kryje się coś więcej niż opowieść o kolejnym marzeniu z plakatu nad łóżkiem. To gra o współbrzmieniu, o ego, o tym, jak trudno wyjść poza własny gatunek – nie tylko muzyczny – i jak łatwo zamknąć się w świecie, w którym każdy słucha wyłącznie siebie.
Brzmi poważnie, ale spokojnie: to nadal bardzo wdzięczny, miejscami wręcz rozbrajająco kampowy, musicalowy JRPG, który nie boi się ani absurdalnych żartów, ani wielkich emocji. Świat Note zbudowano wokół muzyki tak konsekwentnie, że aż budzi to sympatię. Miasta i regiony mają własne gatunki, własną estetykę i własny temperament. Rockowe Durandis jest szorstkie, pustynne i lekko przerysowane, Lumina z kolei błyszczy neonem jak EDM-owa wersja miasta, które widziało za dużo Blade Runnera. To nie jest tylko dekoracja. Tutaj muzyka nie jest naklejką na pudełku, ale zasadą organizującą cały świat.
Największy atut gry polega jednak na tym, że nie kończy się na pomyśle. W wielu produkcjach tego typu już sam elevator pitch byłby wystarczającym alibi, by zamaskować przeciętność. Tutaj na szczęście działa także to, co najważniejsze, czyli sama gra. System walki jest turowy, ale sprytnie zaaranżowany. Tury nazywają się stanzami, kolejność działań można planować, a kluczowe znaczenie mają gatunki aktywne w danym momencie, bo potrafią wyraźnie wzmacniać konkretne postacie i ich umiejętności. Do tego dochodzi BP zamiast klasycznego zasobu many, Songstones przypominające trochę materię z Final Fantasy VII, Remix Stones modyfikujące ich działanie i Mash Upy, czyli efektowne ataki zespołowe. Brzmi gęsto, ale gra dobrze to porządkuje. Po kilku godzinach zaczynasz nie tylko rozumieć ten system, ale też naprawdę go lubić.





I dobrze, bo walki bywają wymagające. Bossowie nie są tu tylko workami na obrażenia, ale testami z tego, czy rzeczywiście zrozumiałeś zasady tej partytury. Szczególnie ciekawie wypada Crescendo – mechanika, przez którą przeciąganie starcia staje się ryzykowne, bo przeciwnik z każdą chwilą rośnie w siłę. To świetny sposób, by nadać pojedynkom napięcie. Nagle nie grasz już tylko „poprawnie”, ale zaczynasz myśleć o tempie, rytmie i gospodarowaniu zasobami. Innymi słowy: dokładnie tak, jak powinno być w grze, która chce udowodnić, że muzyka może być fundamentem systemu, a nie tylko tapetą.
Turowe RPG i musical rozmawiają ze sobą nie zawsze czysto, nie zawsze bez fałszu, ale z energią, sercem i pomysłami, których chce się posłuchać
Do tego dochodzi bardzo przyjemna warstwa audiowizualna. People of Note nie wygląda jak wielki budżet, ale ma styl. Fakt, do mnie on nie przemawia, bo kojarzy się z Fortnitem i jakimś wysokobudżetowym free-to-playe, ale nie można odmówić mu staranności. Tła, miasta, projekty postaci i muzyczne numery potrafią sprzedać atmosferę. Najmocniej działa jednak dźwięk. Soundtrack nie jest tu dodatkiem, tylko jednym z filarów całego doświadczenia. Zmienia się zależnie od sytuacji, podbija tożsamość miejsc i nadaje walkom puls. Dobre są też występy głosowe, a same musicalowe sekwencje mają w sobie coś z połączenia kreskówkowej przesady, disneyowskiego wariactwa i szczerej miłości do formy, która doskonale wie, że dla części odbiorców zawsze będzie trochę obciachem. I właśnie dlatego wypada tak sympatycznie.





Nie znaczy to jednak, że People of Note jest świetną grą. Największy jej problem to tempo. Walki są ciekawe, ale quick time eventy potrafią je niepotrzebnie spowalniać, zwłaszcza kiedy przez kilkanaście godzin wykonujesz w gruncie rzeczy podobne inputy. Puzzli też jest tu po prostu za dużo. Na początku działają jak miły przerywnik między starciami, później coraz częściej przypominają hamulec ręczny zaciągany w środku koncertu. Niektóre są pomysłowe, inne irytujące, a kilka ewidentnie prosi się o to, by skrócić je o połowę albo wyrzucić bez żalu. Tym bardziej że fabuła, choć urocza i pełna energii, najlepiej działa wtedy, gdy nic jej nie rozbija.
Są też drobniejsze zgrzyty. Gra bywa dość liniowa, eksploracja nie zawsze nagradza tak hojnie, jak można by oczekiwać po JRPG-u, a brak wygodniejszych narzędzi nawigacyjnych, pokroju minimapy czy sensowniejszego fast travelu, potrafi dać się we znaki. Błędy techniczne nawet jeśli nie demolują całości, to potrafią wybić z rytmu. W dodatku musicalowe sekwencje, choć efektowne, są właściwie pozbawione interakcji. To trochę paradoks gry, która tak chętnie flirtuje z rytmem, a kiedy naprawdę można było oddać graczowi scenę, każe mu głównie patrzeć.
Mimo tego wszystkiego People of Note robi coś coraz rzadszego: ma własny głos. Nie jest składanką cudzych pomysłów złożoną przez algorytm, tylko grą, która ma charakter, poczucie humoru i przekonanie, że nawet jeśli czasem przesadza, to lepiej przesadzić po swojemu niż być przezroczystym. To tytuł, który nie zawsze trafia idealnie w tempo, ale nadrabia tym, że naprawdę chce zagrać coś swojego. A w epoce gier tak ostrożnych, jakby każdą decyzję konsultowały z działem PR, to już samo w sobie jest wartością.
People of Note nie jest może nowym królem muzycznych RPG-ów, ale zdecydowanie zasługuje na uwagę. Zwłaszcza jeśli lubisz turowe systemy walki, masz słabość do świata budowanego wokół jednego mocnego pomysłu i nie dostajesz wysypki na widok gry, która czasem mówi serio, a czasem puszcza oko. To nie perfekcyjny występ. Ale bardzo łatwo po nim bić brawo.
Werdykt
NASZYM ZDANIEM
To JRPG, które momentami gubi tempo, ale kiedy już łapie rytm, gra tak, że trudno nie zostać do bisu.
Plusy
Pomysłowy system walki. Muzyczna tożsamość świata. Dużo uroku, charakteru i naprawdę dobry voice acting. Sensowna głębia buildów. Doskonała cena na premierę.
Minusy
Puzzle zbyt często psują tempo. Wuick time eventy z czasem męczą. Miejscami zbyt liniowa i mało wygodna w eksploracji. Zdarzają się techniczne zgrzyty.



