Stacey Rockford wierzy, że na wszystko istnieje właściwa piosenka. Na pierwszy pocałunek, na ucieczkę przed policją, na jazdę w sklepowym wózku, na wstyd, gniew, zachwyt i ten szczególny rodzaj smutku, który dopada człowieka, kiedy jeszcze nie jest dorosły, ale już zaczyna rozumieć, że dzieciństwo nie skończy się wielkim finałem, tylko po prostu któregoś dnia zniknie za plecami. Mixtape zbudowane jest właśnie z takich momentów. Krótkich, głośnych, głupich, czułych. Takich, które w prawdziwym życiu często nie mają żadnej dramaturgii, dopóki nie przypisze się im odpowiedniego kawałka.
To druga gra studia Beethoven & Dinosaur, twórców The Artful Escape (66/100), i znów czuć tu rękę ludzi, którzy bardziej niż systemami interesują się rytmem, nastrojem i sceną. Tym razem psychodeliczna opera rockowa schodzi z kosmicznej sceny na przedmieścia Blue Moon Lagoon, gdzie Stacey, Cassandra i Slater spędzają ostatnią wspólną noc przed rozjazdem w dorosłość. Stacey ma ruszyć do Nowego Jorku, Cassandra i Slater też stoją przed własnymi decyzjami, a wszyscy troje próbują zrobić to, co nastolatkowie w takich opowieściach robią od czasów Stań przy mnie, Klubu winowajców i Uczniowskiej balangi: przeciągnąć ostatni wieczór tak długo, aż rzeczywistość się znudzi i pójdzie spać.
Formalnie to narracyjna przygodówka, ale w praktyce bliżej jej do interaktywnego albumu wspomnień. Gra przeskakuje między teraźniejszością a flashbackami wywoływanymi przez przedmioty, rozmowy i piosenki. Wchodzimy do pokoi bohaterów, oglądamy zdjęcia, kasety, plakaty, drobne relikwie młodości, po czym nagle lądujemy w przeszłości: na desce, w samochodzie, na boisku, pod domem dyrektora owiniętym papierem toaletowym albo w scenie pierwszego pocałunku, która jest tak niezręczna, że aż trudno nie uśmiechnąć się z bólem. Mixtape rozumie, że dorastanie rzadko wygląda elegancko. Częściej przypomina montaż z rzeczy, których człowiek po latach trochę się wstydzi, ale nie pozwoli nikomu ich odebrać.





Najważniejszym bohaterem gry jest jednak muzyka. Ścieżka dźwiękowa nie jest tu dekoracją ani katalogiem licencjonowanych utworów wrzuconych po to, żeby gracz w średnim wieku westchnął nad własnym kolanem i przypomniał sobie, że kiedyś też miał energię. To konstrukcja całej opowieści. DEVO, Joy Division, Iggy Pop, Siouxsie and the Banshees, The Smashing Pumpkins, Roxy Music, Portishead, The Cure, The Jesus and Mary Chain czy Silverchair nie są tylko sygnałami epoki. Każdy utwór organizuje scenę, dyktuje jej tempo i emocjonalną temperaturę. Stacey łamie czwartą ścianę, wprowadza kolejne piosenki i opowiada o nich tak, jak opowiada się znajomym o kawałku, który „musisz usłyszeć”, nawet jeśli oni tylko grzecznie kiwają głową, czekając aż skończysz monolog o shoegazie.
Pod tym względem Mixtape bywa znakomite. Kiedy trójka bohaterów sunie przez miasto na deskorolkach, kiedy uciekają przed gliniarzami w sklepowym wózku, kiedy zwykły trening baseballowy zaczyna zmieniać się w stadionowy sen albo kiedy w samochodzie wystarczy wciskać przycisk w rytm headbangingu, gra łapie coś, czego nie da się wpisać w tabelę z mechanikami. To uczucie, że banał nagle robi się wielki, bo akurat gra dobra piosenka, jest noc, nikt jeszcze nie sprawdza powiadomień, a przyjaciele są obok. W czasach, w których gry często próbują sprzedać nam wolność przez mapę wielkości województwa, Mixtape przypomina, że czasem wystarczy zakręt, piosenka i przekonanie, że przez następne trzy minuty świat należy do ciebie.
Mixtape nie udaje wielkiej gry o wielkich sprawach. To raczej kilka godzin jazdy na deskorolce przez cudze wspomnienia, w których muzyka robi to, co robiła zawsze najlepiej – nadaje sens chwilom, które bez niej byłyby tylko wygłupem, imprezą albo niezręcznym milczeniem
Oprawa wizualna świetnie to wzmacnia. Gra działa na Unreal Engine 5, ale nie ściga się z fotorealizmem, tylko idzie w ręcznie lepioną, analogową estetykę, gdzie postacie mają coś ze stop motion, kadry pachną VHS-em, a całość nosi ślady epoki po Spider-Man Uniwersum – tej, w której animacja znów zaczęła wyglądać jak decyzja artystyczna, a nie test mocy silnika. To piękny, fakturowy świat, pełen spojrzeń, gestów i drobnych kompozycji, które sprawiają, że przycisk do screenshotów pracuje tu częściej niż w niejednym wysokobudżetowym spektaklu o końcu cywilizacji.
Tyle że Mixtape nie jest grą bez skaz. Jej struktura bywa zbyt przewidywalna: pokój, przedmiot, wspomnienie, piosenka, minigra, powrót. Same interakcje są lekkie, czasem bardzo pomysłowe, ale rzadko mają ciężar mechaniczny. Nie ma tu wyzwania, progresji, decyzji, które zmieniają bieg wydarzeń. Jeśli ktoś oczekuje po grze narracyjnej czegoś na poziomie systemowej złożoności albo emocjonalnego nokautu w stylu What Remains of Edith Finch, może poczuć, że Mixtape bardziej płynie niż uderza. Czasem zamienia się wręcz w „Vibes: The Video Game”, co brzmi jak żart, ale jest też dość uczciwą diagnozą. To gra o nastroju, a nastrój – jak wiadomo – potrafi być cudowny, ale nie zawsze wystarcza, żeby ponieść każdy fragment.


Niektóre sceny stają się wypełniaczami. Nie psują całości, bo gra trwa około kilku godzin i nie ma czasu naprawdę się rozpaść, ale da się wyczuć momenty, w których playlistę ułożono znakomicie, a interaktywny pomysł tylko poprawnie. Najlepsze fragmenty działają jak krótkie teledyski, które chcesz natychmiast komuś pokazać. Słabsze przypominają spacer po ładnie urządzonej nostalgii, gdzie wszystko jest na miejscu, tylko napięcie na chwilę siada na kanapie i udaje, że szuka pilota. Łatwo jest mi zrozumieć tak tych, którzy uznają tę grę za rewelacyjną, jak i tych, którzy powiedzą, że to twór sztuczny, niczym z fabryki Netflixa.
Dla mnie jednak trudno mieć do tej gry większy żal. Mixtape wie, czym jest, i nie próbuje być czymś więcej. Nie udaje wielkiego dramatu, choć opowiada o rozstaniu. Nie udaje gry o całym życiu, choć przez chwilę dotyka tego momentu, w którym życie zaczyna się rozwarstwiać. Najbardziej poruszające jest w niej nie to, że bohaterowie mają przed sobą przyszłość, tylko to, że sami jeszcze nie wiedzą, jak bardzo będą tę noc pamiętać. Dla nich to nadal impreza, wygłup, ucieczka, piosenka. Dla nas – bo patrzymy już z drugiej strony – to zapis chwili, której nie da się zatrzymać, nawet jeśli Stacey bardzo chciałaby dobrać do niej idealny utwór i wcisnąć repeat.
Mixtape nie jest klasykiem dlatego, że wymyśla nowy język gier. Jest dobre dlatego, że bardzo sprawnie korzysta ze starego języka wspomnień: piosenki, przyjaciele, pokój pełen rzeczy, które kiedyś coś znaczyły, i ostatnia noc, która dopiero po latach okazuje się ostatnia. To niedoskonała, krótka, miejscami zbyt lekka gra, ale ma w sobie coś rzadkiego – przekonanie, że emocje nie muszą być epickie, żeby były prawdziwe. Czasem wystarczy trzech nastolatków, kilka świetnych kawałków i świadomość, że młodość najpiękniej brzmi wtedy, kiedy już trochę trzeszczy jak stara kaseta.
Werdykt
NASZYM ZDANIEM
Mixtape to gra jak idealnie nagrana kaseta od kogoś, kto znał nas trochę za dobrze – chwilami nierówna, miejscami zbyt sentymentalna, ale gdy trafia we właściwy utwór, trudno udawać, że nic nie poczuliśmy.
Plusy
Świetna, bardzo świadomie dobrana ścieżka dźwiękowa. Piękna, analogowa estetyka. Wiarygodna chemia między trójką bohaterów. Pomysłowe sceny. Znakomite wyczucie nostalgii bez całkowitego popadania w lukier.
Minusy
Mechanicznie jest raczej lekkim doświadczeniem niż pełnoprawną przygodówką. Struktura wspomnień bywa schematyczna. Kilka scen sprawia wrażenie wypełniacza. Krótki czas gry i niewielka zachęta do powrotu.



