Na rynku, na którym pick-upy często próbują udawać lifestyle’owe gadżety, Isuzu D-Max 2026 robi swoje. Bez fajerwerków, za to z konsekwencją – i właśnie w tej konsekwencji tkwi jego siła.
Nowa wersja MY26 trafia do Polski z kilkoma zmianami, które nie próbują zmieniać charakteru auta, tylko go doprecyzować. Najważniejsza z nich siedzi pod maską. Diesel 2.2 generuje 163 KM i 400 Nm momentu obrotowego – liczby może nie robią wrażenia na papierze, ale w praktyce chodzi o coś innego: spokojną, przewidywalną siłę. To ten typ napędu, który nie błyszczy na światłach, ale gdy załadujesz ponad tonę sprzętu albo podepniesz przyczepę (do 3,5 tony), nagle okazuje się dokładnie tym, czego potrzebujesz.
Nowością jest też 8-biegowy automat, który w takim aucie ma sens głównie dlatego, że zdejmuje z kierowcy część zmęczenia. Bo D-Max to nie jest samochód „na chwilę” – to raczej kilka godzin dziennie za kółkiem, często w warunkach, które nie wybaczają nieuwagi.

I tu pojawia się druga zmiana, bardziej dyskretna, ale w dłuższej perspektywie ważniejsza. System DMS patrzy kierowcy na ręce – a właściwie na twarz – i reaguje, gdy koncentracja spada. Do tego kamery 360° (w wyższych wersjach), które w terenie czy na ciasnym placu budowy robią większą różnicę niż kolejny cal ekranu w kabinie. Jest też eCall 4G, czyli technologia, o której nie myślisz… dopóki naprawdę jej nie potrzebujesz.
Reszta zmian to raczej korekty niż rewolucja. Nowe opony (Dunlop 265/60 R18) mają o 7% niższe opory toczenia i o tyle samo lepszą przyczepność na mokrym – co w praktyce oznacza mniej nerwów w deszczu i trochę niższe spalanie. Design? Delikatnie poprawiony. Nowa atrapa, inne detale, świeży kolor – malachitowa zieleń, która wygląda tak, jakby to auto faktycznie miało coś wspólnego z błotem, a nie tylko z folderem reklamowym.

W środku też bez rewolucji, ale z większą dbałością o detale – nowe tapicerki, trochę więcej komfortu, mniej surowości. Nadal jednak to kabina, która bardziej myśli o pracy niż o Instagramie.
D-Max MY26 zachowuje swoje najważniejsze argumenty: ponad 1,1 tony ładowności, 240 mm prześwitu i możliwość brodzenia do 800 mm. Czyli wszystko to, co sprawia, że to auto nie kończy się tam, gdzie kończy się asfalt.
Ceny startują od 127 950 PLN netto, a konfiguracji jest tyle, że można spędzić wieczór na zastanawianiu się, czy bardziej potrzebujesz pojedynczej kabiny, czy jednak miejsca dla całej ekipy. Do tego 5-letnia gwarancja i opcjonalny program serwisowy, który przynajmniej próbuje uporządkować koszty eksploatacji.
I może właśnie to jest najciekawsze w tym aucie. W czasach, gdy wiele modeli próbuje być wszystkim naraz, D-Max pozostaje sobą. Nie próbuje cię zachwycić – raczej upewnia się, że nie zawiedzie.



