Raz na jakiś czas koncerty wracają w trochę innej formie – nie jako wspomnienie w telefonie, tylko jako pełnoprawne doświadczenie. Billie Eilish idzie właśnie tą drogą.
8 maja do kin trafi Hit Me Hard and Soft: The Tour (Live in 3D) – zapis trasy promującej album Hit Me Hard and Soft, zrealizowany w technologii 3D. Za kamerą stoi duet, który na papierze brzmi jak zderzenie dwóch światów: sama Eilish i James Cameron. Ten drugi od lat traktuje trójwymiar nie jako gadżet, tylko narzędzie do budowania przestrzeni – tutaj ma ono zrobić coś prostszego, ale wcale nie łatwiejszego: oddać energię koncertu.
To zresztą moment, w którym forma zaczyna mieć sens. Trasa „Hit Me Hard and Soft” była oparta na kontraście – intymność kontra skala, cisza kontra uderzenie. 3D może tu zadziałać lepiej niż klasyczny zapis live, bo zamiast patrzeć na scenę, jesteś w niej ustawiony. O ile oczywiście kino dobrze to dowiezie.
Sam album nie potrzebuje specjalnego wprowadzenia. W pierwszym tygodniu w USA sprzedał się w 339 tys. egzemplarzy, do tego doszło jeszcze 90 tys. winyli. To najlepszy start w karierze Eilish i wynik, który w ostatnich latach osiąga garstka artystów. Trzy utwory – „LUNCH”, „CHIHIRO” i „BIRDS OF A FEATHER” – przekraczały przy tym 8 mln streamów dziennie już na starcie. Liczby są konkretne, ale ważniejsze jest to, że ten materiał po prostu dobrze „nosi się” na żywo.
Bilety na seanse są już w sprzedaży, a sam film to raczej propozycja dla tych, którzy chcą wrócić do koncertu albo zobaczyć go z miejsca, którego na stadionie zwykle nie ma – dokładnie tam, gdzie kończy się scena, a zaczyna doświadczenie.



