13 października 2026 roku Windows 10 dostał ostatnią paczkę poprawek bezpieczeństwa w ramach rocznego programu ESU. Oficjalne wsparcie skończyło się już rok wcześniej, ale wielu użytkowników dokupiło sobie dodatkowe dwanaście miesięcy spokoju. Ten czas właśnie minął. Jeśli na Twoim laptopie wciąż pracuje system z 2015 roku, pora na decyzję – i niekoniecznie musi ona oznaczać wizytę w markecie z elektroniką.
Co się właściwie zmieniło
Laptop z Windows 10 nie wyłączy się nagle ani nie wyświetli czarnego ekranu. Będzie działał tak jak wczoraj. Różnica jest mniej widoczna, ale poważniejsza: każda nowo odkryta luka w systemie zostaje otwarta na zawsze. Przez rok program ESU łatał te dziury za niewielką opłatą, a pod pewnymi warunkami nawet bezpłatnie. Od teraz nie łata ich nikt.
Do tego dochodzi efekt domina. Producenci przeglądarek, programów biurowych i sterowników stopniowo przestają testować swoje produkty na systemie, którego nie wspiera już nawet jego twórca. Najpierw znikają nowe funkcje, potem aktualizacje, a na końcu zgodność. Kto pamięta ostatnie lata Windows 7, wie, jak to wygląda.
Najpierw sprawdź, czy w ogóle masz problem
Zanim cokolwiek kupisz, uruchom darmową aplikację „Sprawdzanie kondycji komputera” (PC Health Check) ze strony Microsoftu. W kilka sekund powie, czy Twój sprzęt spełnia wymagania Windows 11. Lista jest krótka, ale bezlitosna: moduł TPM 2.0, UEFI z Secure Boot, minimum 4 GB RAM i 64 GB miejsca na dysku oraz procesor z listy zgodności – w praktyce Intel Core od 8. generacji albo AMD Ryzen od serii 2000 wzwyż.
Jeśli laptop przechodzi test, aktualizacja do Windows 11 jest bezpłatna i zajmuje jedno popołudnie. Problem zaczyna się, gdy nie przechodzi. A nie przechodzi zaskakująco wiele maszyn kupionych jeszcze w 2018 czy 2019 roku – zwłaszcza tanich modeli konsumenckich, w których producent oszczędzał na wszystkim, również na układzie TPM.
Trzy drogi, z których jedna jest pułapką
Pierwsza to obejścia. Internet pełen jest poradników, jak zainstalować Windows 11 na niewspieranym sprzęcie. Da się, ale Microsoft nie gwarantuje takim komputerom aktualizacji, a każda większa wersja systemu może się na nich zaciąć. To rozwiązanie na chwilę, nie na lata.
Druga to zmiana systemu. Linux Mint czy ChromeOS Flex tchną nowe życie w stary sprzęt i dla kogoś, kto potrzebuje przeglądarki, poczty i edytora tekstu, mogą w zupełności wystarczyć. Dla osoby pracującej w Excelu z makrami, Photoshopie czy programie księgowym – już niekoniecznie.
Trzecia to nowy komputer. I tu czai się pułapka, bo odruch jest prosty: budżet dwa tysiące złotych, market, promocja, do koszyka. Za taką kwotę dostaje się dziś zwykle laptop z plastikową obudową, 8 GB pamięci wlutowanej na stałe, matrycą, której lepiej nie oglądać pod kątem, i klawiaturą projektowaną z myślą o cenie, nie o pisaniu. Spełnia wymagania Windows 11 – to jego główny atut. Za trzy lata będzie spełniał je nadal, tylko że nikt nie będzie chciał na nim pracować.
Czwarta droga: sprzęt, który już raz się sprawdził
Jest jeszcze jedna opcja, o której w marketach mówi się rzadko: laptop poleasingowy. Firmy wymieniają flotę komputerów zazwyczaj co trzy–cztery lata, niezależnie od tego, czy sprzęt się zużył. Na rynek trafiają wtedy tysiące maszyn klasy biznesowej – Dell Latitude, Lenovo ThinkPad, HP EliteBook – które przez cały ten czas były pod opieką działu IT i których nikt nie zabierał na wakacje.
Różnica między takim sprzętem a nową budżetówką za podobne pieniądze jest zasadnicza. Laptopy biznesowe z ostatnich lat mają TPM 2.0 w standardzie, bo wymagali tego korporacyjni klienci na długo przed Windows 11. Mają obudowy z magnezu lub aluminium, podświetlane klawiatury z rozsądnym skokiem, w wielu modelach pamięć RAM w gniazdach zamiast wlutowanej, dyski NVMe do wymiany w dwie minuty i porty, które pozwalają podpiąć stację dokującą zamiast żonglować przejściówkami. To sprzęt projektowany tak, by przetrwać trzy lata w torbie handlowca. Przetrwa więc i pięć w plecaku studenta.
Na co patrzeć, zanim klikniesz „kup”
Poleasingowy nie znaczy automatycznie dobry. Kilka rzeczy trzeba sprawdzić. Po pierwsze gwarancja – rzetelny sprzedawca daje ją na co najmniej rok, a nie chowa się za ustawowymi „14 dniami na zwrot”. Po drugie zdjęcia konkretnego egzemplarza, a nie katalogowe rendery; ślady użytkowania są normalne, ale chcesz wiedzieć jakie. Po trzecie stan baterii, bo to jedyny element, który naprawdę zużywa się z czasem. Po czwarte legalny system – Windows 11 Pro zainstalowany przez refurbishera z właściwą licencją, a nie „aktywowany” w domu. I po piąte faktura VAT, jeśli sprzęt ma pracować w firmie.
Dobrym punktem wyjścia są laptopy poleasingowe od AG Notebooki – poznańskiego sprzedawcy działającego od 1996 roku, który na modele Dell Latitude serii 5000 i 7000 daje 12 miesięcy gwarancji i dostarcza je z zainstalowanym Windows 11 Pro. Za kwotę, która w markecie wystarcza na plastikową podstawówkę, dostaje się tam maszynę z 11. lub 12. generacją Intel Core, szybkim dyskiem NVMe i możliwością dołożenia pamięci albo większego dysku jeszcze przed wysyłką.
Laptop na rok czy na pięć lat?
Koniec ESU to dobry moment, żeby zadać sobie jedno proste pytanie: czy kupuję komputer na rok, czy na pięć lat? Nowy sprzęt z półki „do 2000 zł” odpowiada na pierwsze. Poleasingowy biznesowy – na drugie. Windows 10 miał dobre jedenaście lat. Jego następca zasługuje na komputer, który wytrzyma równie długo.



